Wojsko też potrzebuje dobrej zmiany- Mariusz Kamieniecki

 


Baa, panie generale, wojsko potrzebuje tak jak Polska polskiej zmiany
Wojsko też potrzebuje dobrej zmiany

Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą Jednostki Specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki Kolejni generałowie odchodzą z wojska.

Polska armia przeżywa kryzys?
- Tak naprawdę nic się nie dzieje i raczej mamy do czynienia z burzą w szklance wody. Wojsko nie przeżywa kryzysu, a armia raczej się rozwija i zyskuje nowy samodzielny rodzaj Sił Zbrojnych - Wojska Obrony Terytorialnej, szeregowi żołnierze, ci, którzy stanowią o sile takiego działania na polu walki, nie są wyrzucani za burtę. A przypomnę, że tak było za poprzedniej władzy, która doprowadziła do sytuacji, gdzie żołnierze z ogromnym doświadczeniem z Iraku czy Afganistanu byli stawiani poza nawias. Nie było dla nich miejsca w armii, co więcej - nie można było przedłużyć im kontraktów powyżej 12 lat. Natomiast dzisiaj w związku ze wzrostem liczebnym armii otwierają się przed nimi możliwości awansu. Jeśli zaś chodzi o zmiany w kadrze dowódczej, to w związku z reorganizacją systemu dowodzenia zmiany na najwyższych szczeblach są czymś jak najbardziej naturalnym, czymś, co się zdarza we wszystkich armiach na świecie.

Co z dowódcami, którzy idą w odstawkę?
- Wprawdzie kropka nad i nie została jeszcze postawiona, ale w mojej ocenie kapitał, który państwo polskie zainwestowało - i tu nie chodzi tylko o pieniądze, lata szkolenia, np. gen. Mieczysława Gocuła, ale o doświadczenie, jakie generał i inni dowódcy zdobyli - to wszystko powinno zostać wykorzystane i warto o tym pomyśleć. I tu zachęcałbym polską dyplomację do działania, aby ci ustępujący generałowie, czy to w strukturach NATO, w strukturach sojuszniczych, czy w innych, odnajdywali swoje miejsce. Inaczej mówiąc, byłoby szkoda nie wykorzystać tego wielkiego kapitału ludzkiego żołnierzy dowódców o dużym stażu i doświadczeniu.

Czy następcy wspomnianego przez Pana gen. Gocuła czy gen. Różańskiego są w stanie osiągnąć wymagany poziom w stosunkowo krótkim czasie?
- Myślę, że nie powinno być z tym żadnych problemów. To nie są przypadkowi ludzie. Wystarczy zaznajomić się z ich życiorysami, co pokazuje, że są to doświadczeni żołnierze. Generał dyw. pil. Jan Śliwka, któremu powierzono dowództwo generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, któremu podlega zdecydowana większość żołnierzy, to człowiek, z którym miałem przyjemność studiować, zresztą w tej samej grupie był gen. Marek Tomaszycki. Z gen. Mieczysławem Gocułem studiowałem w Akademii Obrony Narodowej w Warszawie - byliśmy nawet w jednej grupie, a więc znamy się w tym środowisku. I mogę powiedzieć, że są to mądrzy oficerowie, a przykład odchodzącego gen. Marka Tomaszyckiego czy gen. Jana Śliwki, który przychodzi, świadczy, że są to wojskowi, którzy się doskonale znają. W jednej grupie studiowaliśmy razem we wspomnianej Akademii Obrony Narodowej podczas studiów strategiczno-obronnych. Jest zatem kontynuacja, i dlatego nie porównywałbym tej zmiany do załamania systemu dowodzenia, z jakim mieliśmy do czynienia podczas tragicznej katastrofy smoleńskiej w 2010 r., kiedy zginęli generałowie, dowódcy Sił Zbrojnych RP. Wracając jednak do meritum - ci ludzie są wszechstronnie wyedukowani, znają języki, poprzez to, że czynnie uczestniczyli w misjach bojowych w Iraku czy w Afganistanie potrafią współdziałać z naszymi partnerami z Sojuszu Północnoatlantyckiego. Dlatego pod względem wojskowym nie widzę tu zagrożenia, natomiast powtórzę raz jeszcze, żeby wzorem Donalda Trumpa także w Polsce dać szansę i wykorzystywać doświadczenie i wiedzę generałów rezerwy w strukturach bezpieczeństwa państwa. Na marginesie dodam, że tu i ówdzie pojawiają się złośliwe komentarze, że Polko podlizuje się Macierewiczowi, bo chce sobie wydeptać jakieś stanowisko. Oficjalnie, głośno mówiąc o tych generałach i możliwości ich wykorzystania, bynajmniej nie mam na myśli siebie. W inny sposób ułożyłem sobie życie i choćby przez to, że nie mieszkam w Warszawie, nie szukam żadnych ciepłych posadek dla siebie.

Skoro poruszył Pan ten temat, to może warto wykorzystać także Pana generała bardzo bogate, wieloletnie doświadczenie w polskich Siłach Zbrojnych?
- Ojczyźnie można służyć na wiele różnych sposobów. Uważam, że czas mojej aktywnej służby wojskowej już minął. W tej chwili poprzez zajęcia ze studentami na uczelniach i angażowanie się w działalność rozmaitych stowarzyszeń związanych z obronnością państwa też staram się wypełniać zadania wobec mojej Ojczyzny. Obecnie ogromną satysfakcję czerpię ze spotkań z młodzieżą, ze studentami, którym mogę przekazywać swoją wiedzę w zakresie obronności państwa. Uczestniczę w szeregu spotkaniach także z cywilnymi ekspertami i jest dla mnie prawdziwą ucztą intelektualną, kiedy mogę się wymieniać swoimi wojskowymi doświadczeniami, a z drugiej strony słyszeć, jak widzą to ludzie, którzy zajmują się bezpieczeństwem nie tylko pod kątem zagrożenia kinetycznego, ale chociażby od strony hybrydowej, a więc w walce w sferze informacji, która - jak pokazują wybory w Stanach Zjednoczonych - nabiera coraz większego znaczenia.

Czy w obliczu wydarzeń geopolitycznych i agresji Rosji za naszą wschodnią granicą nie mają jednak racji także ci, którzy powątpiewają, czy takie dość głębokie zmiany w kierownictwie Sił Zbrojnych są konieczne i rozsądne?
- Jeszcze raz podkreślam, że zmiany dokonywane w dowództwie polskich Sił Zbrojnych są bardzo dobre i potrzebne, zwłaszcza jeśli chodzi o system dowodzenia. To, co zrobiono w polskiej armii, rozbijając system dowodzenia, rozdrabniając go i komplikując ten system, było zbrodnią i osłabianiem naszego potencjału wojskowego. W internecie krążył nawet uproszczony schemat systemu dowodzenia Siłami Zbrojnymi - niemal jak mem - nakreślony przez min. Kozieja, który to schemat mnie jako wojskowemu po licznych uczelniach trudno było zrozumieć, kto i za co tak naprawdę odpowiada i co ma robić. To, co zaproponowała poprzednia ekipa, która przez osiem lat rządziła Polską, w sferze obronności, było de facto rozbiciem systemu dowodzenia, bez określenia odpowiedzialności.
(red.Rp - A zatem panie generale co z tymi "biedakami" odchodzącymi, a będącymi przecież autorami i wykonawcami Koziejowo-Komorowskich dywersji. Wszyscy z tamtej ekipy muszą odejść! Niektórzy do więzień, chociażby za świadome osłabianie obronności kraju.)

To był niejasny system dowodzenia, który powodował, że właściwie nikt nie odpowiadał za nic, a wszyscy za wszystko. Powstała cała masa inspektoratów, których nazwy nawet trudno było zapamiętać, a wszystko to razem, zamiast czynić kompatybilne, wprost przeciwnie - komplikowało nawet współdziałanie z naszymi sojusznikami z NATO. Tak było na przykład wtedy, kiedy Amerykanie przyjechali do Polski uzgadniać kwestie ćwiczeń, wspólnych manewrów, chociażby z siłami specjalnymi, to kompletnie nie wiedzieli, z kim prowadzić rozmowy, bo jedno dowództwo było w Krakowie, drugie w Warszawie, a jednostki były gdzieś pomiędzy, a ich dowódcy nie wiedzieli nawet, komu co raportować i meldować.

To, z czym mamy do czynienia dzisiaj, są to jak rozumiem działania naprawcze?
- Dokładnie, i trzeba to jednoznacznie stwierdzić. To spowoduje, że system dowodzenia polską armią będzie uproszczony i będzie odpowiadał takiemu wymiarowi armii, jaką obecnie posiadamy. Przypomnę tylko, że w perspektywie będziemy mieć armię liczącą 150 tysięcy żołnierzy, którzy muszą mieć jasność, kto jest tym pierwszym dowódcą, aby na poziomie wojskowym móc opracowywać plany operacyjne, różnego rodzaju założenia dotyczące potencjalnych działań zarówno agresora, jak i kontrdziałań, czyli naszych działań. Oczywiście w praniu, po dyskusjach opracowania z rekomendacjami generałów są przedstawiane politykom, którzy podejmują ostateczną decyzję, ale musi to być spójny system. Jedność, jednolitość dowodzenia są to zasady sztuki wojennej, o których min. Koziej pisał w podręcznikach, a o których zapomniał, obejmując stanowisko szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego za rządów koalicji PO - PSL.

Na poligonie w Żaganiu trwają polsko-amerykańskie ćwiczenia z udziałem 3. Pancernej Brygadowej Grupy Bojowej. Robert David Steele, były oficer CIA oraz wywiadu amerykańskiej piechoty morskiej, uważa, że siły amerykańskie rozmieszczone w Polsce to teatrzyk. Czy rzeczywiście uczestniczymy w przedstawieniu?
- No cóż., widać nie tylko w Polsce są oficerowie z poprzedniej epoki. Przyznam Panu, że przyglądałem się temu, jak amerykańscy żołnierze weszli w polskie środowisko, i jestem zachwycony. Amerykanie doskonale zdają sobie sprawę, że ten czynnik zwycięstwa, o którym pisze pruski generał, teoretyk i filozof wojny Carl von Clausewitz, jest bardzo istotny. Jeżeli się walczy o serca i umysły i przechodzi się na nowy teren, to trzeba się umiejętnie komunikować z lokalną ludnością. Oczywiście ktoś może żołnierzy amerykańskich posądzić o teatr, kiedy rozmawiają z dziećmi, kiedy uczestniczą w spotkaniach w szkołach, kiedy się uczą języka polskiego, ale to wszystko stwarza klimat, który jest niezbędny do tego, żeby amerykańscy żołnierze zostali dobrze przyjęci, zaakceptowani i normalnie mogli funkcjonować w Polsce, gdzie już sama specyfika terenu, klimat - przecież to nie są amerykańskie bazy, które znamy. U nas w Polsce nie ma tak szerokich dróg, za to są problemy, z którymi amerykańscy żołnierze nigdy wcześniej się nie zetknęli, które nawet nie wiążą się bezpośrednio z działaniami wojennymi.

Co chce Pan przez to powiedzieć...?
- Na przykład jechać polskimi drogami to dla amerykańskiego żołnierza jest nie lada wyzwanie. Stąd też stłuczki, jakie się zdarzają. Nawet się pojawiły pomysły, żeby naszych amerykańskich sojuszników skierować na kursy nauki jazdy w Polsce. Na poważnie - jest to pierwszy etap misji, który ma przygotować do dalszych działań, ale z całą pewnością nie nazwałbym tego teatrem. Weźmy chociażby ogromne przedsięwzięcie logistyczne, jakie wiązało się z przerzutem tej ciężkiej brygady z czołgami M1A2 Abrams, samobieżnymi haubicami M109A6 Paladin czy transporterami M2 Bradley. Jeśli do tego dodamy całe wsparcie informacyjne, lotnicze, to pokazuje, jak potężna to była operacja. I to wsparcie z całą pewnością będzie dla Polski korzystne. Trudno zatem nazwać teatrem cały ten proces i wspólne ćwiczenia, które zdecydowanie wpłyną na polskich żołnierzy, tych, którzy bezpośrednio biorą udział w ćwiczeniach, ale także wpłyną mobilizująco na tych, którzy we wspólnych ćwiczeniach nie uczestniczą. Kiedy żołnierz widzi obok sojusznika dobrze wyposażonego, doskonale wyszkolonego, z dużym doświadczeniem bojowym, to w pozytywnym rozumieniu chce się z nim zmierzyć, rywalizować i pokazać, że wcale nie jest gorszy. Głosy krytyki zawsze będą się pojawiały, ale trzeba robić swoje.

Rosjanie mogą zlikwidować siły amerykańskie w Polsce w jednej chwili?
- To jest tylko retoryka, do której nie przywiązywałbym żadnego znaczenia. To tylko dowodzi, że nawet w Stanach Zjednoczonych trwają wewnętrzne rozgrywki. W administracji prezydenta Donalda Trumpa jest trzech generałów na bardzo wysokich stanowiskach. Oficerowie amerykańcy po zakończeniu służby przechodzą bądź to do biznesu, bądź to do polityki. Ponieważ Armia Stanów Zjednoczonych stanowi ogromny potencjał, gdzie jest wielu generałów, to z całą pewnością można by tam znaleźć jeszcze więcej takich malkontentów jak były oficer CIA oraz wywiadu amerykańskiej piechoty morskiej Robert Steele, którzy być może nie do końca zrealizowali własne ambicje w armii i teraz starają się grać na nastrojach tylko po to, żeby istnieć w przestrzeni medialnej bądź załatwiać swoje własne sprawy. Z reguły nikt w Stanach Zjednoczonych takich krytycznych zdań pod adresem swojej armii raczej nie wygłasza, tym bardziej jest to dla mnie nie zrozumiałe. Jednak nawet dla wojsk amerykańskich działania w Polsce są dużym wyzwaniem, ale z całą pewnością nie jest to teatr.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

05.02.2017r.
Nasz Dziennik

 
RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Dołącz do nas - Aktualności RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrócie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet