Jak sobie radzić z “ulicą”? - Elżbieta Królikowska-Avis

 


„Nie może być tak, że jedynym uczuciem, które żywimy do naszego lidera, jest współczucie”

Jak sobie radzić z “ulicą”?

Doroczna konwencja torysów w robotniczym Manchesterze za nami. Niezwykła w podobnych sytuacjach  atmosfera ciszy i wyczekiwania. Żadnych buńczucznych haseł, okrzyków entuzjazmu,   triumfalizmu.  A brytyjskie media – także konserwatywne – krytykują Theresę May, dając do zrozumienia, że 1/ konferencja nie pomogła jej wzmocnić  swojej bardzo słabej  pozycji, 2/  a i sam przebieg spotkania wywołał raczej irytację  opozycji i kolegów partyjnych, niż chęć wyciągnięcia do premier pomocnej dłoni. „Nie może być tak, że jedynym uczuciem, które żywimy do naszego lidera, jest współczucie” – cytował jakiegoś  posła  „Daily Telegraph”.  Ano właśnie. Kryzys przywództwa trwa, w istocie się nasila, i wydaje złe owoce – pogarszająca  się reputacja Conservative Party  i rosnąca irytacja zwolenników Brexitu, w gabinecie rządowym, parlamencie i samym elektoracie. A przecież wkrótce – prawdziwe negocjacje  z Unią, która do tej pory nie uzyskała od Londynu warunków bazowych przyszłych rozmów. Entuzjaści Brexitu nadal nie wiedzą, kiedy skończą się rządy despotii z Brukseli  i  jurysdykcja obu Europejskich Trybunałów, Sprawiedliwości i Praw Człowieka,  Polacy mieszkający na Wyspach czy nie utracą swoich praw nabytych przed ubiegłorocznym referendum, jedni  przedsiębiorcy zagraniczni zastanawiają się czy  nadal inwestować Wielkiej Brytanii, a drudzy czy przypadkiem nie relokować swoich siedzib do któregoś z pozostałych 27 państwa Unii?  

   Codziennie docierają do nas dziwne informacje – a to, że premier May powołała do życia nowe ciało doradcze ds. Brexitu, którego organizacją ma się zająć  Oliver Robbins, choć wiadomo, że szef tegoż DexUC  minister David Davis wciąż boryka się z niedostatkami kadrowymi.  To znów, że Londyn – choć solennie obiecuje, że będzie respektował swoje zobowiązania finansowe do 2019 roku - broni się przed niezwykle, trzeba przyznać, wysokimi płatnościami emerytalnymi dla byłych eurokratów.  I że obóz zwolenników twardego Brexitu nakłania Theresę May, aby opuścić Unię bez tego porozumienia. Między ministrem finansów Philipem Hammondem a szefem dyplomacji  Borisem Johnsonem od kilku tygodni ciągnie się spór o formułę Brexitu, twardy czy miękki. I chyba przybiera na sile, bo Johnson powtarza, że „rozwód  z Unią, to dla Brytyjczyków bardzo dobre wyjście” i należy „realnie spojrzeć na korzyści z tego  wynikające”,  a Hammond ostrzega  Johnsona, że „nie ma ministrów niezastąpionych”. A inny wyznawca twardego Brexitu  Iain Duncan Smith  napomina premier May, aby „pokazała, że potrafi przeprowadzić partię przez ten trudny okres, najtrudniejszy w historii powojennej Wielkiej Brytanii”.  Jakie nastroje panują w szeregach torysów – konserwatystów, mówi  tytuł świetnego artykułu Williama Haque’a, kiedyś namaszczonego przez premier Thatcher na jej zastępcę, w The Daily Telegraph,  pt. ”Partia konserwatywna musi sięgnąć po rozwiązania radykalne, musi się zresetować”. W domyśle – po  poprzednim  przeformułowaniu programu torysów w  lewo, w stronę „modern compassionate conservatism”. Jeśli  to się nie stanie – twierdzi -  i to w niedługim czasie, Wielkiej Brytanii grożą laburzyści – marksiści:   welfare state czyli powrót do państwa opiekuńczego, command economy, a więc gospodarka odgórnie sterowana, niesłychanie droga re-nacjonalizacja brytyjskich kolei, wody i gazu, podwyżka podatków i chaotyczne trwonienie pieniędzy budżetowych na lewicowe szaleństwa.  

   Podczas dorocznej konwencji torysów jedyną debatę z przeciwnikiem, a dokładnie z „ulicą”, podjął  kandydat na przyszłego lidera partii, tradycjonalista Jacob Rees – Mogg. Kiedy lewicowi protestanci  przebili się jakoś przez kordon ochrony i wtargnęli na salę obrad z okrzykami „Tories out!”, „torysi – wynocha!”, tylko Rees-Mogg podjął z nimi dyskusję. Nastąpiło zderzenie cywilizowanych zachowań publicznych najstarszej demokracji świata z językiem  brytyjskiej „opozycji totalnej”. „Hello – powitał ich spokojnie konserwatysta – o co chcieliby mnie panowie zapytać?”  Tamci  zbaranieli. Ale jeden podjął rękawicę. „Nie jesteś tu  dobrze widziany, wynocha!” – krzyknął.  Na to Rees-Mogg: ”Ale w którym miejscu pan się ze mną nie zgadza?” – zapytał. „We wszystkich” – padła odpowiedź, dokładnie jak na wiecach polskiej „opozycji totalnej” czy, pożal się Boże, dyskusjach TV z członkami PO czy Nowoczesnej. „Może trochę konkretniej?” – nalegał  konserwatysta. „Prawa do aborcji, prawa dla kobiet, zubożenie ludzi, wszystko. Jesteś okropnym człowiekiem!” – zademonstrował swój program polityczny przedstawiciel brytyjskiej „ulicy”. „Hm. Istotnie, możemy nie zgadzać się w paru sprawach, ale to że się pan z kimś nie zgadza, nie czyni go jeszcze >okropnym człowiekiem<. To są dwie różne sprawy” – ciągnął cierpliwie Rees-Mogg.  Protestant wytrzeszczył oczy, uprzejmość posła wyraźnie go rozwścieczyła.  „Rujnujecie ludziom życie!” – wypalił wreszcie, równie ogólnie, co w pierwszej rundzie. Na to torys: ”Zupełnie się z tym nie zgadzam. Mamy najniższy poziom bezrobocia od lat 70. A to, historycznie, jest najlepsza droga do wyjścia z biedy”. Protestant poczerwieniał: ”To nieprawda! To podłe kłamstwo! Jesteś okropnym człowiekiem!” – powtórzył znowu swój „argument”.  „Spróbujmy zostawić na boku, jakim jestem człowiekiem. Najważniejsze jest rozmawiać, wymieniać argumenty. Ale myślę, że publiczność w tej sali chciałaby jednak kontynuować obrady”. „Mam to gdzieś!” – krzyknął lewak. – Wszyscy tu mają takie same poglądy jak ty!” „Miło było spotkać pana” – zakończył Rees-Mogg i grupa manifestantów, mamrocąc coś pod nosem, została wyprowadzona z sali. A widownia  zatrzęsła się od oklasków. Rees-Mogg poprawił krawat i powrócił na miejsce, jakby nic się nie stało.

   To był show w starym, dobrym torysowskim stylu. Ostatnie miały miejsce w roku 1990, przed odejściem premier Thatcher, która była dobra w tych politycznych spektaklach. Ale kryzys przywództwa, to zarazem kryzys programu,  dialogu ze społeczeństwem, z jednej strony słuchania , lecz  z drugiej przekonywania o konieczności przeprowadzenia korzystnych  zmian.  To przedstawienie, to także sygnał dla polityków z naszego obozu Dobrej Zmiany, że nie są w  biciu głową o ścianę i  próbach rzeczowej debaty z lewicową „ulicą”, osamotnieni. Brak programu, ignorancja, nieznajomość funkcjonowania państwa i  demokracji, agresja,  to nie tylko cecha polskiej „opozycji totalnej”.  Brytyjczycy też mają swoją.

Elżbieta Królikowska-Avis

18.10.2017r.
sdp.pl

 
RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Dołącz do nas - Aktualności RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrócie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet