Żołnierz OT nigdy nie będzie "specjalsem" - Juliusz Sabak

 


Płk Kaliciak:
Żołnierz OT nigdy nie będzie "specjalsem"

Pomimo tego, że oficerowie wywodzą się z jednostek specjalnych (...) Żołnierz OT nigdy nie będzie "specjalsem" - nie ma takiej opcji. Żołnierz OT może izolować, zabezpieczyć wejście, wspierać jednostki operacyjne. - mówi w rozmowie z Defence24.pl płk Grzegorz Kaliciak, dowódca 6. Mazowieckiej Brygady Obrony Terytorialnej. W wywiadzie mowa też o wykorzystaniu doświadczeń z misji w Iraku i Afganistanie w formowaniu WOT. 

Juliusz Sabak: Panie pułkowniku, jest Pan weteranem misji w Iraku i Afganistanie. Dowodził Pan słynną obroną ratusza w Karbali. Czy takie doświadczenia są przydatne w tworzeniu zrębów nowej, ściśle obronnej, lokalnej formacji?

Płk Grzegorz Kaliciak: Od czasów Iraku i pierwszych kontyngentów zmieniło się bardzo wiele. Wojsko znacznie podniosło swój poziom - od 2004 roku to jest siedmiomilowy krok. Trzeba powiedzieć, że wnioski z misji zagranicznych zostały wyciągnięte. Zarówno na poziomie wyszkolenia jak i wyposażenia. W Iraku to był sprzęt, który często nie spełniał podstawowych wymagań. Nie działał w tamtych warunkach, zawodził w gorącym i pylistym klimacie. Myślę, że gdyby nie misje nie byłoby np. KTO Rosomak. To świetny pojazd, który sprawdził się w Afganistanie, gdzie przez wiele lat był dla Talibów niezniszczalny.

Uważam, że wszystkie doświadczenia, które można wykorzystać i przyniosą jakiś oczekiwany efekt końcowy są potrzebne. Jednak przede wszystkim potrzebne są doświadczenia bojowe.

Okrucieństwa wojny, z którymi zetknąłem się realizując zadania w Iraku i Afganistanie, potwierdziły tylko, że najbardziej na wojnie cierpi ludność cywilna, o którą tak naprawdę często skonfliktowane (wojna domowa) strony nie walczą. Jednym z głównych zadań WOT jest ochrona i obrona ludności cywilnej. W związku z tym doświadczenia które tam zdobyłem pozwolą na właściwe szkolenie żołnierzy OT, aby objąć ochroną nasze społeczeństwo. Oby do konfliktu nigdy nie doszło. 

Czy dziś misje nadal mają sens? Wiem, że jest co do tego wiele wątpliwości. Głównie poza wojskiem. 

Dziś nam zarzucają - po co jeździcie na misje? Między innymi po to jeździmy, żeby zdobyć doświadczenie. W użytkowaniu sprzętu i w indywidualnych umiejętnościach, i też w psychofizyce. Żołnierz, a zwłaszcza podoficer czy oficer, który radził sobie podczas misji to człowiek, o którym wiemy już co nieco. Jak reaguje w warunkach realnego, niesymulowanego zagrożenia. Czy działa, czy zamiera. Z drugiej strony pamiętajmy, że człowiek jest nieprzewidywalny i to, że ktoś zachował się w określony sposób w sytuacji kryzysowej nie wiadomo do końca jak za drugim razem się zachowa. To też trzeba mieć na uwadze. Polecam tutaj książkę Dave Grossmana „O zabijaniu”.

Misja to „najwyższy level” szkolenia, sprawdzian. Wszystko po to by jak najlepiej bronić Ojczyzny. Realizacja zadań w polskich kontyngentach wojskowych to nie tylko wywiązywanie się z zobowiązań międzynarodowych, ale przede wszystkim doskonały sprawdzian naszego sprzętu i wyszkolenia. Żaden normlany człowiek nie chce wojny. Jednak od żołnierza wymaga się żeby to on jako pierwszy, w sposób perfekcyjny bronił ojczyzny. Nie wszystkiego da się nauczyć na pasach taktycznych i poligonach).

W tym co Pan mówi widać sprzeczność. Czy doświadczenie daje żołnierzom i oficerom jakieś szczególne cechy?

„Kto wyjechał na wojnę, nigdy z niej nie wraca”- Ona zostaje na zawsze w głowie i sercu. Jest wiele niewiadomych, bonie wiadomo, jak ludzie zachowają się w sytuacji zagrożenia życia. Tego nikt nikogo nigdy nie nauczył i nie nauczy. Organizowane są szkolenia SERE A,B i C (SERE - survival, evasion, resistance, escape – przyp.red.). Kurs SERE B czy C to taki, który ma przygotować jak przeżyć i uniknąć schwytania – jak nie dać się złamać. Są tam elementy przetrwania, przesłuchań, izolowania. Szkolenie jest bardzo wymagające. Ale w podświadomości, gdzieś z tyłu głowy jest zawsze myśl, że „to tylko ćwiczenie”.

Wysiłek jest ogromny, zaangażowanie duże, ale podświadomie wiem, że do końca nic mi nie zrobią. Jak powiem „stop”, to nie zaliczę, nie dostanę certyfikatu. Na wojnie jest inaczej. Bo jak nie dam rady to zginę. Tego nie da się nauczyć żołnierza w czasie pokoju. To jest jedyna rzecz, której nie można się nauczyć inaczej, niż w realnej misji.

Można nauczyć „działoczynów”, wpoić nawyki, umiejętności manualne – żołnierz robi wszystko z zamkniętymi oczami, działa odruchowo. Pamięta co i jak, tego można się nauczyć, ale zachowania stricte w boju nie można się nauczyć. Do tego trzeba przejść misję, brać udział w działaniach zagrażających życiu. To jest test kosztowny, ale potwierdzający realne działanie. Dający całkiem innej jakości żołnierza - żołnierza z tzw. doświadczeniem bojowym.

Ale czy są to umiejętności przydatne w tworzeniu Obrony Terytorialnej?

Doświadczenie z misji dostarcza nam wiedzy o możliwościach, jakie miał przeciwnik znający teren. Na wojnie decyduje wyszkolenie i szczęście. Szczęście jednak sprzyja żołnierzom wyszkolonym. Ważne jest obeznanie z sytuacją oraz „znajomość” przeciwnika. Bardzo ważna jest możliwość wtopienia się w otoczenie.  Znamy te sytuacje z historii czy też z misji. Tam, gdzie do bazy była tylko jedna czy dwie bramy, przeciwnik zawsze je obserwował. Często sadzali nawet dzieciaka, który notował, kiedy kolumna wyjeżdża z bazy, a kiedy nie wyjeżdża. Obserwowali nawyki, zwyczaje. To ułatwiało ataki.

Na przykład w Iraku strzelali do nas regularnie z BM-21 (wyrzutnia rakiet 122mm na podwoziu kołowym – przyp. red.) ale nie trafiali. Nie wiedzieliśmy, dlaczego nie trafiają i jak udaje im się podejść na odpowiednią odległość.

W końcu udało nam się zlokalizować skąd strzelają, pojechaliśmy w to miejsce. Spłoszyliśmy ich, ale znaleźliśmy wyrzutnie. To nie był pojazd, tylko pojedyncza rura z dospawana nóżką. A jak celowali? Na jedną latarnię, która była właśnie na kierunku naszej bazy. Operator celował w stronę latarni i odpalał. Tymi strzelcami byli mieszkający w okolicy, żołnierze Saddama, którzy służyli w jednostce artylerii. Po pierwsze znali teren, po drugie potrafili obsłużyć broń, po trzecie wiedzieli skąd ją zdobyć. Tę wiedzę dawało im to, że byli „lokalsami”. Doświadczenia tzw. misyjne pokazują nam jak wiele może zdziałać osoba, która zna doskonale teren i potrafi posługiwać się bronią i jest zdeterminowana w swoich działaniach. 

Jakie doświadczenia? Trudno porównywać sytuację w Polsce i np. w Afganistanie.

W Polsce jest w tej chwili bezpiecznie, ale to się może w każdej chwili zmienić. Wszak bezpieczeństwo nie jest dane raz na zawsze.  

Nie ma u nas służby zasadniczej. Gdyby była to należy pamiętać, że byłaby obowiązkowa. Moim zdaniem Obrona Terytorialna jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż służba zasadnicza. Dlaczego? Bo żołnierz OT to ochotnik. Dlaczego mielibyśmy zmuszać każdego, żeby się szkolił? A tak szkolimy tych, którzy chcą. Taki człowiek pozna sytuację, nauczy się jak wojsko funkcjonuje i może „złapie bakcyla”. Część z nich z pewnością pomyśli o służbie zawodowej w Wojskach Operacyjnych.

Dlatego, tak ważne jest by żołnierze zawodowi służący w OT posiadali duże doświadczenie.

Ale Francja wraca do służby zasadniczej. Podobne ruchy widać w Niemczech.

To jest powodowane sytuacją na świecie. Przecież jeszcze kilka lat temu nawet w Polsce były osoby, które pytały – „A po co nam wojsko? Rozwiążmy armię, będzie więcej pieniędzy.” Wrócę do poprzedniej odpowiedzi, służba zawodowa to obowiązek, zaś służba w Obronie Terytorialnej jest dobrowolna. Nawiążę tutaj do starego przysłowia „z niewolnika nie ma pracownika”. W szkoleniu żołnierza OT duży nacisk kładziemy na samokształcenie. Bez chęci i zaangażowania żołnierza tego się nie osiągnie.

Myślę, że aneksja Krymu przez Rosję zdecydowanie zmieniła ten trend. Ale wieloletnie zaniedbania nie dadzą się odrobić w kilka lat.

Dziś już nie mamy służby zasadniczej, a gdybyśmy nie mieli Wojsk Obrony Terytorialnej i nagle dochodzi do sytuacji – wojny, kryzysu - to gdzie ten człowiek ma się nauczyć? Będziemy go dopiero szkolić? Nie ma na to czasu.

W każdej jednostce jest plan szkolenia po mobilizacyjnym rozwinięciu, ale to jest tylko do pewnego etapu. Są ludzie, którzy mają przydziały mobilizacyjne, oni przychodzą – mają przejść parę ćwiczeń, parę strzelań i gotowe. Nie do końca będą tak wyszkoleni jak powinni być.

Jeśli chcemy żeby Polska była bezpieczna to musimy mieć ludzi, którzy chcą jej bronić. Takimi ludźmi są ochotnicy, między innymi żołnierze OT, którzy sami wykazują chęć do służby, i którym bezpieczeństwo kraju nie jest obojętne.

Mówi się wiele na ten temat, ale same deklaracje nie wystarczą. 

Może się mówi, ale z drugiej strony – skąd te rezerwy brać, skoro społeczeństwo się starzeje? A na doświadczonych jest popyt. Weźmy mój przykład. Sam dostałem propozycję stworzenia jednego pododdziału pod swoim dowództwem, do tzw. ochrony na statkach.

Z mojej kompanii rozpoznawczej część pojechała na tzw. statki - na ochroniarzy (przeciwko zagrożeniu ze strony piratów - red.).  W większości byli to podoficerowie. Dziś wysyłają kartki z egzotycznych krajów. Spotkałem jednego. Był w kraju młodszym chorążym, był snajperem, po tak zwanej szkole duchów – doświadczony specjalista. Chwali zarobki w nowej pracy, ale jest to kosztem rodziny, ponieważ praca ta polega na ciągłej nieobecności w domu. To nie jest życie.  WOT daje mu teraz możliwość powrotu i służby w swojej specjalności.

WOT idzie terytorialnie. Szuka ludzi do służby z danego rejonu, z danego miejsca. Ma to duże znaczenie w późniejszym wykonywaniu przez niego zadań, ponieważ np. to czego ja muszę się z mapy nauczyć on po prostu wie. On wie jak i gdzie dojechać, które drogi są ważne, które są nieuczęszczane, gdzie jest np. węzeł komunikacyjny itd.

Wiadomo jak działają grupy specjalne. Sam tak działałem. Taka grupa szła w rejon i tam po prostu realizowała zadania. Grupa była to najczęściej pięcioosobowa – ja miałem w swojej np. sapera, płetwonurka… różnych specjalistów, tak że byliśmy samowystarczalni. Szkolenie polegało na tym, że prowadziliśmy obserwację, działaliśmy skrycie. Szkolenie, bo w akcji sprawdziliśmy to tylko raz w Iraku. Ale tam nie przyniosło oczekiwanych efektów, właśnie dlatego, że nie znaliśmy dobrze terenu i nie mogliśmy ukryć się wśród „lokalsów”.

Jak rozumiem WOT nie ma prowadzić tego typu akcji, ale im przeciwdziałać?

Oczywiście. Załóżmy, że taka grupa sobie działa i załóżmy, że naszym terytorialsem jest leśnik. I chodzi tą ścieżką co zawsze, ma obchód albo jeździ samochodem. I nagle widzi ślady, nowe ślady tam gdzie nikt się nie pojawia. Wiadomo, że grupa specjalna powinna ślady maskować, ale nigdy nie da się wszystkiego zamaskować. Zwłaszcza w nieznanym terenie przed lokalną ludnością. Więc nasz leśnik widzi ślady i to jest dla niego jasny sygnał – tam ktoś jest. Jeśli jest żołnierzem WOT, to zamelduje to swojemu dowódcy i sprawdzą to. I w taki sposób jakaś grupa dywersyjna przeciwnika (czy tzw. „zielone ludziki”) zostanie rozpoznana. Dla grupy dywersyjno-rozpoznawczej w obcym terenie ujawnienie się, to koniec działania. Oni muszą się wycofać albo zostaną wyeliminowani. To jest ten zysk z terytorialsa.

Czyli są jakieś plany zagospodarowania myśliwych czy leśników przez WOT? Jako grup obytych nieco bardziej z bronią i z terenem niż reszta społeczeństwa.

Mogę wypowiadać się na swoim poziomie, czyli z perspektywy dowódcy 6.MBOT, a nie z poziomu DWOT. Osobiście nie myślałem o wykorzystaniu ich dostępu do broni, ale zastanawiałem się nad współpracą ze względu na ich znajomość terenu i sytuacji. Jak mówiłem wcześniej – mają szansę zauważyć rzeczy, które umkną osobom na co dzień nie przebywającym w terenie.

Myślę więc o pozyskaniu ich jako żołnierzy OT. Każdy dowódca operacyjny (mówię to z perspektywy poprzednich doświadczeń), chciałby mieć w czasie prowadzenia działań kogoś obeznanego z terenem oraz wsparcie OT, które zdejmie z niego wiele zadań. Choćby w zakresie pilotowania kolumn, kierowania czy rozpoznania.

Jest to kolejne z zadań Żołnierzy OT związane ze współdziałaniem z wojskami operacyjnymi.Tylko trzeba szkolić. Zwłaszcza we współpracy z innymi rodzajami wojsk. Ze służbami. Takie ćwiczenia już były np.  ćwiczenie Twierdza.

To znaczy, że terytorialsi mają zdecydowanie zadanie pomocnicze względem innych formacji. Co w tej sytuacji ze specjalsami, którzy stanowią całkiem liczbą grupę wśród oficerów WOT?

Pomimo tego, że oficerowie wywodzą się z jednostek specjalnych i mam dla nich duży szacunek, ale w  np. 6.MBOT nie będziemy szkolić żołnierza OT jako specjalsa. To doświadczenie z WS może służyć tylko temu, żeby uatrakcyjnić szkolenie, nauczyć konkretnych rzeczy, praktyki, a nie po to, żeby – podkreślam jeszcze raz- z żołnierza OT zrobić specjalsa. Żołnierz OT nigdy nie będzie specjalsem - nie ma takiej opcji. Żołnierz OT może izolować, zabezpieczyć wejście, wspierać jednostki operacyjne. To jest zadanie OT, wspieranie i współdziałanie z Wojskami Operacyjnymi w operacjach wojennych. To jest ta różnica.

A co w przypadku zajęcia terytorium przez przeciwnika? WOT się wycofa, czy zostanie?

Żołnierz OT się nie wycofa. Przejdzie do działań nieregularnych. Będzie miał trudne zadanie ponieważ jako żołnierz będzie musiał walczyć z przeciwnikiem, ale sytuacja zmusi go do ściągnięcia munduru. A w dalszym ciągu będzie musiał realizować zadania z dotyczące np. ochrony infrastruktury i ludności. 

Na szczęście wojna to ostateczność. Znacznie częściej WOT będzie działał w sytuacjach kryzysowych – powodzi, katastrof.

Zgadzam się, że w przypadku kryzysu największe znaczenie będą miały Wojska Obrony Terytorialnej, ponieważ ten system ma działać terytorialnie. Efektywność będzie zależna od stanu uformowania brygad. Najbliżej tego są dziś brygady z I etapu, bo są najbardziej rozwinięte. Jeśli pojawią się problemy, to żołnierze będą tam „na pstryk”. Będą pierwsi i znacznie szybciej niż inne formacje.

Rok czy dwa lata temu, gdy była „ptasia grypa w lubuskim”, byłem dowódcą zgrupowania ds. zwalczania ptasiej grypy. Wówczas przekonałem się, że świadomość władz samorządowych, nawet wysokiego szczebla, co do działań wojska jest niska. Oni są nadal przekonani, że wojsko pojawia się momentalne, natychmiast. Pamiętajmy, że Wojska nie ma w koszarach, tak jak to funkcjonowało za czasów służby zasadniczej.

Mamy wojsko zawodowe, żołnierze pracują do 15:30. Gotowość osiągają zgodnie z ustalonymi dla danej grupy czasami. To mogą być czasy od 24 do 72 godzin. To jest zaplanowane działanie – coś się dzieje, pada komenda, idzie sygnał poprzez systemy i żołnierz ma czas, żeby przyjechać. Potem robi się zbiórki, sprawdza sprzęt – przecież nie można wypchnąć do akcji niesprawdzonego wojska i bez jasno określonego zadania (to jest chyba dla wszystkich zrozumiałe). Natomiast Terytorialsi będą sprawdzeni, gotowi oraz też będą mieli bliżej: do jednostki, do sprzętu i do miejsca akcji. W standardowej jednostce 48 godzin to jest czas dojazdu do jednostki. Jeśli cel będzie osiągnięty to żołnierz OT będzie terytorialnie związany z rejonem, w którym będzie działał. Ale również z ludźmi, którzy tam żyją, pracują, mieszkają – (znają się). Przyśpieszy to realizacje zadań i pozwoli na szybką obecność żołnierzy w miejscu docelowym.

Na Mazowszu to będzie m. in.  żołnierz 6 Brygady WOT. Jednostki którą Pan tworzy. Gdzie są one formowane?

W obecnej chwili mamy lokalizację 6 Brygady OT tu w Warszawie, ale to jest lokalizacja tymczasowa. Bataliony mamy mieć w Radomiu, Płocku, Pomiechówku, Grójcu i Książenicach. Ale to jeszcze może ulec zmianie. Wszystko na razie jest wokół Warszawy. Wiele rzeczy zależy też od infrastruktury.

Czyli sytuacja jeszcze się klaruje?

Potrzebne są decyzje - zakończenie remontów i inwestycji, tak aby pododdziały osiągnęły miejsca docelowe. Na przykład do mnie już dziś zgłaszają się żołnierze do batalionów, które będę dopiero formował. Ale dopóki ich nie ma, ja nie mogę pozyskiwać dla nich ludzi. Nawet, jeśli mają oni zgodę bezpośrednich przełożonych.

Kiedy zaczyna się szkolenie?

Od kwietnia rozpoczynamy szkolenia i aby to funkcjonowało, to trzeba wiele kwestii pospinać. Bo jeśli ktoś przyjdzie na szkolenie w kwietniu i ono będzie źle zrobione, to już nie przyjdzie więcej. Trzeba mieć świadomość podejścia kandydatów i żołnierzy. Jakość przede wszystkim, nie ilość. Z jakości z czasem płynnie przejdziemy w ilość.

Wiele osób nie wie czego się spodziewać. 

Mam tego świadomość, dlatego organizujemy spotkania. Zaczęliśmy od Radomia i tam okazało się, że oni nie wiedzą co ich czeka. Na przykład to, że brygada będzie najprawdopodobniej w Radomiu, to nie znaczy, że będzie tam stacjonować ponad 4 tys. ludzi. Tyle mniej więcej liczy cała brygada. Ale bataliony, które ją tworzą mają być rozproszone, więc na miejscu będzie maksymalnie 800-1000 żołnierzy.

Potrzeby kadrowe nowego rodzaju sił zbrojnych są duże. Często słyszy się ostrzeżenia, że WOT „wykrada” kadry Wojskom Operacyjnym.

Jeśli chodzi o „podkradanie ludzi” to jeśli żołnierzowi nie można zaoferować rozwoju zawodowego, to on skorzysta z okazji jaka mu się nadarzy. Zwłaszcza jeśli przechodząc do WOT poprawi sobie sytuację nie tylko w szczeblach kariery, ale również „terytorialnie” (geograficznie). Po prostu będzie służył bliżej domu.

Niewykluczone, że za jakiś czas ten sam żołnierz wróci do Wojsk Operacyjnych z nowym doświadczeniem i kompetencjami. W 6. MBOT nie będzie ekspresowych awansów. Każdy zaczyna na swoim poziomie. Na przykład podporucznik prosto ze szkoły oficerskiej idzie na stanowisko – dowódca plutonu. Po 2-3 latach może awansować i to jest naturalna drabina. Pozwala nabyć niezbędne na poszczególnych poziomach umiejętności.

Ja mam taką zasadę i już tu w brygadzie mam ludzi, których obserwuję, mimo że jestem dopiero miesiąc. Już planujemy ścieżki rozwoju zawodowego. Tak aby każdy wiedział, na co może liczyć w przyszłości, jeśli będzie w sposób właściwy wywiązywał się z obowiązków. Będzie kierowany na kursy specjalistyczne, kwalifikacyjne itd. Mówiąc prościej zapewniamy mu rozwój.

To pozwala zaplanować przyszłość kadr jednostki i świadomość ścieżki kariery danego żołnierza. Z reguły to się sprawdza. W mojej poprzedniej jednostce, siedemnastce (17 WBZ), zwracaliśmy na to dużą uwagę. To pozwala zbudować zespół i zaufanie.

Skoro jesteśmy przy kadrach, to jak wygląda skompletowanie 6.MBOT na Mazowszu?

Trwa u nas proces napływu. Przykładowo w samym Radomiu, po paru spotkaniach, mamy ok. 800 chętnych do służby w naszym 62 batalionie lekkiej piechoty, z czego ponad 500 osób złożyło już wnioski. To nam pokazuje, że ludzie chcą przychodzić, że służba w OT jest atrakcyjna. Wiedza krąży. To dynamiczny proces. Reagujemy na sytuacje i na pojawiające się informacje.

Jeśli chodzi o informacje związane z 6 MBOT na Mazowszu, to pojawiały się plany tworzenia batalionów miejskich w Warszawie. Mają one ćwiczyć „czarną taktykę.

Nie posiadam informacji na temat tworzonych batalionów w Warszawie, choć może to oczywiście ulec zmianie. Bataliony są wokół Warszawy, a nie w samej Warszawie

Pierwsze dwa lata to szkolenia indywidualne/ specjalistyczne. Dopiero potem jest to „zgrywane”, taktyka działania w zespole. Teraz trzeba mądrze podzielić i przydzielić dowódców pododdziałów oraz rozpocząć ich szkolenie. Dobry dowódca wie, który oficer najlepiej sprawdza się w tak zwanych „działaniach lesisto - jeziornych”, a który w terenie zurbanizowanym. Dowódca brygady mając taką wiedzę może odpowiednio tworzyć, modelować i szkolić pododdziały. Są to plany na daleką przyszłość.

Czyli nie będzie batalionów miejskich?

Jeśli chodzi o nasze bataliony wokół Warszawy, to z pewnością będziemy szkolić je również w działaniach w terenie miejskim (zurbanizowanym). Ale nie zapominając o innych rzeczach ujętych w programie szkolenia. 

Niektórzy pytają dlaczego żołnierz WOT ma dostać wyposażenie nowocześniejsze niż wiele jednostek Wojsk Operacyjnych? Nowe hełmy, oporządzenie, karabinki Grot.

Wszyscy chcieliby mieć najlepszy sprzęt – i Wojska Operacyjne, i WOT – do tego należy dążyć. Ale trudno „namówić” kogoś, żeby wstąpił do WOTu i powiedzieć mu – słuchaj, będziesz miał stary sprzęt. To nie jest ten poziom, ludzie nie przyjdą. Dlatego powinno to być robione tak, żeby wszyscy mieli nowy sprzęt. Ale to się rozbija o pieniądze i możliwości produkcji, bo przecież chodzi o krajowej produkcji sprzęt i wyposażenie. Łatwo jest go pokazać na targach, ale nie zamówić dziesiątki czy setki tysięcy egzemplarzy. Z drugiej strony WOT to droga, którą do wojska może trafić wiele ciekawych rozwiązań. Nie traktujmy tego jak współzawodnictwo, ale jak współpracę.

Chciałbym, żeby całe Siły Zbrojne dysponowały nowoczesnym sprzętem, daje to nam gwarancje bezpieczeństwa.

Dziękuję za rozmowę.

Juliusz Sabak

Płk Grzegorz Kaliciak jest dowódcą 6. Mazowieckiej Brygady Obrony Terytorialnej. Bezpośrednio przed objęciem tej funkcji pełnił stanowisko szefa sztabu 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej w Międzyrzeczu. Płk Kaliciak to czterokrotny uczestnik misji w Iraku i Afganistanie, znany przede wszystkim ze skutecznej obrony ratusza (ang. city hall) w Karbali w Iraku w kwietniu 2004 r.

Płk Kaliciak był wówczas kapitanem i dowódcą kompanii rozpoznawczej, która razem z pododdziałem z Bułgarii broniła się przed przeważającymi liczebnie siłami rebeliantów. To wydarzenie stało się m.in. podstawą scenariusza fabularnego filmu pt. "Karbala", sam Kaliciak wydał na ten temat książkę.

03.05.2018r.
Defence24.pl

 
RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Dołącz do nas - Aktualności RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrócie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet