Jeden pałac odbudować, drugi wyburzyć - Grzegorz Kucharczyk

 

O integralną restytucję krajobrazu stolicy
Jeden pałac odbudować, drugi wyburzyć

Od dawna wiadomo, że przestrzeń publiczna (krajobraz architektoniczny) jest miejscem wizualizacji zwycięstwa w walce o władzę. W przypadku tej ostatniej chodzić może o przemoc ideologiczną lub klasyczny podbój militarny i wynikłą z tego dominację polityczną. Opanowanie przestrzeni publicznej oznacza, że od pewnego momentu – ukończenia jakiejś budowli lub wzniesienia konkretnego monumentu – dominować ma określona „narracja”. W tym sensie kształt krajobrazu architektonicznego ma także swój wymiar „pedagogiczny”. Jego zadaniem jest przyzwyczajanie obywateli, że teraz na „agorze” panuje ten, kto tę przestrzeń organizuje według własnych kryteriów rzeczowych i estetycznych.

Dość przypomnieć dzieje kolejnych rewolucji, które od czasów nowożytnych wstrząsały cywilizacją christianitas. Protestancka furia (zwłaszcza w swojej kalwinistycznej odmianie) nieprzypadkowo kierowała się przeciw katolickiej sztuce sakralnej, zwłaszcza tej oddającej chwałę Najświętszemu Sakramentowi i wizualizującej odwieczne nauczanie Kościoła o Sakramencie Ołtarza. Walka z „papistowskimi idolami”, jak określano w rewolucyjnej propagandzie sztukę sakralną Kościoła, miała być i była wizualizacją przewrotu w sferze ducha – odrzucenia Mszy Świętej i Realnej Obecności Chrystusa nie tylko na ołtarzu podczas sprawowania Najświętszej Ofiary, ale również pod konsekrowanymi postaciami w tabernakulum. Po co upiększać Kogoś, kogo tak naprawdę nie ma, wedle wierzeń obrońców „prawdziwej Ewangelii”.

Podczas rewolucji francuskiej antychrześcijański wandalizm dotknął tysięcy świątyń, rzeźb, krzyży przydrożnych, które jako przykłady „ciemnoty i fanatyzmu” miały zniknąć z przestrzeni publicznej republiki rozumianej jako „żarliwa wspólnota” (Saint – Just). Były plany zwalenia wszystkich wież kościelnych, bo w kraju republikańskiej równości nie mogły w przestrzeni miejskiej górować pozostałości po „epoce przesądów”. Dramatyczny los wspaniałej bazyliki w Cluny, czy niszczenie fasad wspaniałych katedr dedykowanych Matce Bożej (Notre Dame w Paryżu i Chartres – aby wymienić tylko te dwa przykłady) pokazywały, że rewolucjoniści nie wahali się przechodzić ze słów do czynów.

Ich kontynuatorzy w okresie III Republiki zaangażowali „nieznanych sprawców”, by zniszczyć mury powstającej na wzgórzu Montmartre bazyliki Sacre Coeur dedykowanej Najświętszemu Sercu Jezusa jako wotum przebłagalne „Galii pokutującej”. Gdy oni nie dali rady, postanowiono zdominować architektoniczny krajobraz Paryża wieżą Eiffla, wybudowaną z okazji wystawy światowej organizowanej w stolicy Francji w 1889 roku (na stulecie rewolucji). Chodziło o to, by „przykryć” katolicką bazylikę (symbol „wstecznictwa i ciemnoty”) budowlą symbolizującą „nową, laicką Francję”. Z punktu widzenia wojujących laicyzatorów skupionych w wielkiej masońskiej „diecezji bez granic” nie można było dopuścić do tego, by na najbardziej eksponowanym budynku w stolicy republiki widniał krzyż.

A propos „braci fartuszkowych”, za Oceanem zadbali oni, by nowa stolica amerykańskiej republiki – Waszyngton – nawet w rozplanowaniu jej ulic odzwierciedlał wolnomularską symbolikę. Piramida przed wejściem do Luwru, postawiona za prezydentury socjalisty Francois Mitteranda, przekonuje, że „bracia” ciągle doceniają wagę „właściwego” zagospodarowania przestrzeni publicznej.

U nas pod zaborami mechanizm wykorzystywania krajobrazu architektonicznego jako elementu dominacji nad „narodem upadłym” był wykorzystywany zarówno przez Prusaków jak i przez Rosjan. Na początku dwudziestego wieku w ramach „kulturowego podnoszenia Wschodu” (Kulturhebung des Ostens) pruskie władze zaborcze zainstalowały w Poznaniu szereg udogodnień w zakresie miejskiej infrastruktury, ale przede wszystkim zwracały uwagę na „właściwe” ukształtowanie przestrzeni miejskiej w stolicy Wielkopolski. Temu służyło oddanie do użytku z wielką pompą Zamku Cesarskiego w 1910 roku (architektoniczny „rewanż” za Grunwald, którego pięćset lecie obchodzili Polacy ze wszystkich zaborów w Krakowie przy ufundowanym przez I. J. Paderewskiego pomniku). Trwałość „niemieckich porządków na Wschodzie” dokumentować miały inne, powstające w tym samym czasie budowle i monumenty – siedziba Akademii Królewsko – Cesarskiej (dzisiaj rektorat UAM) i Komisji Kolonizacyjnej (dzisiaj Collegium Minus UAM) oraz pomnik Bismarcka.

Pomnik „żelaznego kanclerza” i zaprzysięgłego wroga Polaków zwalono w pierwszych dniach powstania wielkopolskiego w 1918 roku. Budynków postawionych przez Prusaków nie zniszczono, ale oddano je na potrzeby utworzonego w 1919 roku Uniwersytetu Poznańskiego (przez całe swe rządy Prusacy nie chcieli słyszeć nawet o niemieckim uniwersytecie nad Wartą). Kropką nad „i” w wysiłkach nad „odprusaczeniem” przestrzeni miejskiej Poznania było postawienie w 1932 roku w centrum miasta (dzisiaj Plac Mickiewicza) wotum wdzięczności Sacratissimi Cordi za odzyskaną niepodległość. Monument stanął tam, gdzie stał kiedyś spiżowy Bismarck – między Zamkiem Cesarskim, dawną pruską Akademią Królewską i byłą siedzibą pruskiej Komisji Kolonizacyjnej. Gdy po 1 września 1939 roku powróciła do Wielkopolski „niemiecka praca kulturowa”, jednym z jej pierwszych przejawów było zniszczenie tego pomnika, który dla niemieckiego namiestnika „Kraju Warty” (A. Greisera) oznaczał upamiętnianie „polskiej nienawiści”.

Rosyjski zaborca podjął analogiczne wysiłki, by zdominować przestrzeń publiczną polskiej stolicy. Pod koniec dziewiętnastego wieku stanęła tam na Placu Saskim jedna z największych cerkiew w całym imperium Romanowych. Jej patronem był Aleksander Newski (ogłoszony przez Cerkiew świętym), w prawosławnej tradycji czczony jako reprezentant zbrojnego ramienia „Świętej Rusi”. Prawosławnych w Warszawie było tyle ile kot napłakał (głównie rosyjscy żołnierze, urzędnicy i ich rodziny). Chodziło o to, by nad stolicą podzielonej Polski dominowały cebulaste kształty prawosławnej świątyni, demonstrując tym samym, że rosyjskie rządy w „Kraju Przywiślańskim” będą wieczne.

Pod koniec grudnia 1980 roku kardynał Wyszyński w czasie opłatkowego spotkania z Towarzystwem Przyjaciół KUL wspominał: „Pamiętam moje lata szkolne w warszawie, rok 1912 – 1915. […] Idąc do Saskiego Ogrodu często przechodziłem koło ogromnego soboru, który był ustawiony tam na polecenie cara, na znak zwycięstwa prawosławia w Warszawie. Taki był właśnie cel wzniesienia soboru, a zwłaszcza wysokiej kołokolni [dzwonnicy], która stanęła przy wylocie ulicy Królewskiej” (Warszawa, 28 grudnia 1980).

Nie tylko książki, ale i miejsca mają swoją historię. W Poznaniu, gdzie niegdyś stał Bismarck, był pomnik Najświętszego Serca Jezusowego, a dzisiaj stoją Poznańskie Krzyże. Cerkiew na warszawskim Placu Saskim II Rzeczpospolita wyburzyła na początku lat dwudziestych (operacja trwała kilka lat). Plac Saski stał się potem Placem Piłsudskiego, a po 1945 roku Placem Zwycięstwa. Jednak nie zwycięstwa „socjalizmu”. Tam właśnie w 1979 roku św. Jan Paweł II przypominał, że „Polski nie da się zrozumieć bez Chrystusa” i przywoływał „nad tą ziemią” Ducha Świętego.

Podczas wspomnianego spotkania w Warszawie Prymas Tysiąclecia powracał do tych chwil papieskiej pielgrzymki: „W czasie nabożeństwa na Placu [Zwycięstwa] zapytał mnie jeden z księży: o czym Prymas myśli? Myślałem właśnie o tym, jak potężne muszą być drogi Boże, aby doszło do tego, że Papież Kościoła Rzymsko-Katolickiego sprawuje Najświętszą Ofiarę w tym miejscu, gdzie stał ołtarz prawosławnego soboru. Nikt z nas nie mógłby wymyślić tego naprzód”.

Po utopieniu we krwi Powstania Warszawskiego Niemcy przystąpili do metodycznego niszczenia polskiej stolicy („deutsche Kulturarbeit im Osten”!). Niemiecki czołg przejechał po grobie Nieznanego Żołnierza, a ocalały z pożogi Pałac Saski (przed 1939 roku siedziba Sztabu Generalnego Wojska Polskiego) został wysadzony w powietrze. W sensie militarnym sprawa była rozstrzygnięta. Chodziło o przejechaniem czołgiem po polskiej duszy. Temu celowi służyło ustawienie wcześniej przez Niemców, po wrześniu 1939, wielkiej litery „V” (jak „Victoria”) dokładnie vis a vis Grobu Nieznanego Żołnierza. Litera – zniszczona przez polskie podziemie – miała krzyczeć: „Polacy, w końcu przegraliście! I to nieodwołalnie”.

Dzisiaj rząd Prawa i Sprawiedliwości forsuje pomysł odbudowy Pałacu Saskiego. Nikt, kto zna historię tego miejsca o zmieniających się nazwach (Pałac Saski, Piłsudskiego, Zwycięstwa i znowu Piłsudskiego), nie powinien mieć wątpliwości, że jest to dobra inicjatywa. Zamiast kolejnych acquaparków i „szkoleń o szkoleniach” miliony pójdą na odbudowę Pałacu, który został skazany na śmierć przez tych, którzy skazali na śmierć całą Polskę. Można i należy PiS krytykować za wiele spraw (od „Konstytucji dla nauki” po „piątkę dla zwierząt”), ale akurat w tej sprawie, partia J. Kaczyńskiego ma rację. Podobnie jak przekop przez Mierzeję Wiślaną, czy tunel do Świnoujścia, Pałac Saski nie będzie „pisowskim pałacem”. Będzie służyć wszystkim przez pokolenia.

Wypada tylko życzyć sobie, by partia rządząca podeszła do restytucji polskiego krajobrazu architektonicznego w stolicy w sposób integralny. Wraz z odbudową Pałacu Saskiego powinny ruszyć przygotowania do wyburzenia Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina – komunistycznego odpowiednika cerkwi Aleksandra Newskiego. Ta odbudowa i to wyburzenie dałyby razem wspaniałą synergię, nie tylko estetyczną.

Grzegorz Kucharczyk

24.08.2021r.
PCh24.pl

 
RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Dołącz do nas - Aktualności RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrócie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet