O RUCHU RODAKÓW
PRZYSTĄP DO RUCHU RODAKÓW
RODAKpress - head
HOME - button
LIST-DZIENNIK cz.1 - Wojciech Kopciński

 

 

 

 

 

 


Wojciech Kopciński

LIST-DZIENNIK

Część I

Mojej żonie Mirze
poświęcam

CCopyright by Wojciech Kopciński

Opracowanie graficzne Leszek Kruczek
Redakcja Leszek Ignatowicz
Printend in Poland
Wyd. I, Kraków 2000 r.
Wydawca: Oficyna Wydawnicza ABRYS
31-042 Kraków, Rynek Główny 12
ISBN 83-85827-47-1
Skład: PC-Zecer, http:/www.ceti.pl/pc-zecer
Druk: Drukarnia PETRA 31-150 kraków, ul.św. Filipa 17

Wojciech Kopciński urodził się 13 grudnia 1950 roku w Częstochowie. Ukończył studia na Wydziale Reżyserii krakowskiej PWST, przez krótki okres był dyrektorem Teatru im. A. Mickiewicza w Częstochowie, reżyserował spektakle w teatrach Krakowa, Jeleniej Góry, Słupska, Bielska-Białej i Poznania. W latach 80. opuścił Polskę, emigrując do Niemiec, gdzie otrzymał statut emigranta politycznego. Po zmianach ustrojowych jest częstym gościem w ojczyźnie jako reżyser wielu przedstawień na Scenie Salezjańskiej w Krakowie przy ul. Tynieckiej, w tym głównie co roku odnawianej pasji pt. "Dies irae" wg scenariusza W. Jesionki. Jest pomysłodawcą i dyrektorem artystycznym festiwalu "Pasja 2000", zorganizowanym po raz pierwszy przez Zgromadzenie Salezjańskie w 2000 roku.

"List-Dziennik" to debiut książkowy tego utalentowanego i orginalnego artysty, będący swoistym studium człowieka skazanego na samotność, obcość, środowiskowy ostracyzm i alkohol. Jest to wstrząsający, gorzki i aż do bólu autentyczny dokument rejestrujący jeden rok z życia artysty niezwykle wrażliwego, o ukształtowanych wzorcach etycznych i estetycznych, a mimo to - właściwie wciąż poszukującego swojego miejsca w sztuce i w życiu. Kluczem do szczęścia autora pięknej i wzruszającej spowiedzi jest "Womirówka" - oaza ciszy i piękna, dobra i spokoju gdzieś w górach nad Piwniczną. W ostatnich akapitach książki ten klucz wypada z ręki, dom płonie, zamyka się jakiś ważny rozdział w życiu Wojciecha. Co dalej? - piekielnie trudno zadać to pytanie. Nastąpił wstrząs i teraz bohater odbije się od dana, poszybuje, czy utopi wszystko w gorzałce? Mam nadzieję, że odpowiedź znajdę w następnej książce Wojtka. Znam jego wcześniejsze próby literackie, adaptacje teatralne, scenariusze filmowe dotąd, niestety, nie zrealizowane, i jestem pewien, że przynajmniej literackiego talentu autor nie zmarnuje. Co więcej, wróci do teatru, bo teatr takich właśnie wrażliwych obdarzonych ogromną intuicją reżyserów teraz potrzebuje szczególnie.

Wojtek w swoim "Liście-Dzienniku" nie oszczędza nikogo. Ale przede wszystkim - i o tym warto pamiętać - nie oszczędza siebie. Znam go osobiście ćwierć wieku, mam zaszczyt cieszyć się jego przyjaźnią, ale nigdy nie podejrzewałem, że człowiek tak ufnie i bez najmniejszych zahamowań może otworzyć się przed światem. Ta książka może jest gorzka. Dla mnie - nasycona ogromną i głęboką wiarą. I wewnętrzną prawdą, w której nie ma cienia pozy czy mistyfikacji. Napisał tę książkę człowiek o niespotykanej we współczesnym świecie, a już w środowisku artystów szczególnie - odwadze osobistej.

Henryk Cyganik

 

Altenkunstadt, 7. 01.1999 r

Drogi Januszu,

wybacz, że piszę ten list na komputerze, ale od kilku miesięcy właśnie jemu pierwszemu powierzam wszystkie moje myśli, więc nie zdradzę go też i tym razem. Jeszcze raz dziękuję Ci za nasze noworoczne, telefoniczne rozmowy. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie one dzisiaj zupełnie nie wiedziałbym, co dalej. Stanąłem jak Edyp na rozstajach, nie mogłem jednak jak on wybierać dróg, bo wszystkie zablokowała niemoc. Jedna rozmowa z Tobą i wreszcie zobaczyłem odległe światełko. Powoli, bardzo powoli zaczynałem rozumieć, że to jeszcze nie mój koniec. Nie jest aż tak ważne, że pierwszy odkryłeś wartość mojego głosu, ale to, że poświęciłeś tyle czasu, by uświadomić mi moją moc. Zapewniam Cię; to była najwłaściwsza rozmowa w najwłaściwszym czasie. Człowiek sam musi znaleźć swoją drogę i czasami ją znajduje o własnych siłach, ale przeważnie stając na jej końcu, rozumieć zaczyna, że prawie wszystko przeoczył i bije się mocno w pierś. Być może mnie to nie czeka, zresztą Bóg dobrze wie, jak słaby mam wzrok.

Zupełnie nie wiem kiedy skończę ten list, bo chcę w nim spojrzeć na swoje życie i choć trochę Ci o nim opowiedzieć. Wybrałem właśnie Ciebie, bo jako jeden z niewielu rozumiesz nie tylko ludzi, ale i artystów. Nie myśl proszę, że nazywam się artystą z braku pokory, wiem to od chwili mojego pierwszego przedstawienia i to właśnie jest dla mnie najboleśniejsze. Zastanawiałem się często, czym różnię się od swoich kolegów ze studiów. Odpowiedź znalazłem dopiero po latach, oni po prostu byli o wiele ode mnie mniej wrażliwi. Robili jakieś przedstawienia, w których nigdy nie było ich własnej duszy. Sami urzędnicy-artyści, mający tylko tyle wrażliwości co Salieri, wrażliwości nie wystarczającej do tworzenia, ale wystarczającej do wykończenia artysty. Nie uwierzysz, ale czasami modlę się za tych palantów. Wobec jednego z nich, któremu kiedyś dałem pracę w moim teatrze, poniżyłem się i napisałem list z nadzieją, że dłoń mi poda, zasłonił się remontem teatru i odmówił. Wiem, powinienem to zrozumieć; tylko, że ja nie umiem świata odbierać inaczej, bo w tym jest cała moja wartość, a za nią gotów jestem zapłacić swoim życiem. Nie umiałbym tak postąpić jak on i już.

Wiem, jak ogromnym jestem niebezpieczeństwem, parę prób na scenie i zespół aktorski zaczyna czuć to co ja czuję, zaczyna żyć moim życiem, zupełnie zapominając o dyrektorze. Przeżywałem to często w państwowych teatrach i przeżywam podczas każdej pracy na Scenie Salezjańskiej. Oczywiście wszyscy dyrektorzy, którzy umieli to dostrzec, nie dawali mi już następnej reżyserii, tylko pani Alina Obidniak i pan Tadeusz Bartosik pragnęli bym w prowadzonych przez nich teatrach pracował jak najdłużej. W Krakowie nie jestem dla nikogo zagrożeniem, więc mogę tam pracować już od sześciu lat.

Ja wiem, Janusz że jesteśmy w tym wieku by świat w dłoniach schować, ale moim miejscem, jedynym miejscem na tej ziemi był zawsze teatr. Kiedy nie mogłem w nim pracować, chodziłem do teatralnej kawiarni, słuchałem rozmów aktorów i wdychałem jak narkotyk zapach teatru. To wszystko minęło, mogę reżyserować w Krakowie, mam swoją satysfakcję i mimo, że mówi się już o tym głośno: Kopciński zrobił z naszej sceny zawodowy teatr , mimo, że Pasję będę tam robił do końca swojego życia, mimo że tam naprawdę znalazłem swoje miejsce, chcę być w państwowym teatrze. Reżyser żyje tylko wtedy, gdy żyją jego przedstawienia. Poza Pasją wszystkie inne umierały na moich oczach, bo to jest teatr przy seminarium i nie mogę, naprawdę nie mogę żądać od salezjanów więcej, niż dać mi mogą, a dali nieskończenie wiele.

Pozostaje praca w państwowym teatrze o którą trzeba walczyć, choć sił coraz mniej. Czy straciłem je tylko przez wódkę? Jestem przekonany, że tracę je tu w Niemczech, każdego dnia i każdej bezsennej nocy. Kiedy przyjeżdżam do Krakowa gadam, gadam i gadam, zamęczając wszystkich. Tu codziennie więzienie i bliskość szaleństwa. Mój odsiedziany wyrok: cztery lata z przepustkami do Polski. Moje więzienie jest luksusowe, ale w mojej celi siedzę samotnie. Mira ma swoją pracę, która wypełnia jej wszystkie dni. Wiem, tu inaczej być nie może. Czasami podrywam się do lotu i z jego wysokości widzę Mirę, jeszcze bardziej samotną niż jest samotna przy mnie i wracam, by odejść, muszę skrzywdzić tak bardzo kochanego przeze mnie człowieka i nie mam sił. Znowu opadam na dół i piekło zaczyna się od nowa.

Dwukrotnie rzucałem alkohol. Raz z pomocą niemieckich lekarzy - nie piłem rok, niedawno sam bez niczyjej pomocy - nie piłem trzy miesiące. Przyszła premiera Dziadka do Orzechów , włożyłem w nią tyle sił, że starczyłoby ich na dwa przedstawienia w państwowym teatrze. Nie tłumaczę się, ale musiałem odreagować. Nie piłem wódki, razem z winem chciałem popłynąć w świat, jakiego Bóg nie chciał stworzyć. Przyszedł jak zwykle kac, bardzo delikatny kac, którego by wyleczyć wystarczy piw parę. Mira nie chciała tego zrozumieć. Nie to bolało najbardziej, ale brak podzięki za całą moją pracę, kilkoma chwilami mojej alkoholowej radości, którą rozumieją nawet niepijący Salezjanie. Potem wszystko potoczyło się już normalnym trybem. Wigilia i Święta przeszły normalnie. W Sylwestra telefony do Polski i mojej duszy pytanie: dlaczego musisz tu być, kiedy choć w tym jednym dniu wszyscy w Polsce otoczeni przyjaciółmi radością witają Nowy Rok . Znowu alkohol, ale dalej lekki, tym razem więcej, kłótnia, hałas. Znowu alkohol, wykłócony alkohol. Kiedy się obudziłem byłem zupełnie sam. Myślałem, że Mira poszła na spacer z psem, ale godziny mijały, książę kac atakował. Telefon, wypadek i znowu godziny oczekiwania. Wtedy powoli dotarło do mojej świadomości, że ona wyjechała zostawiając mnie samego na trzy dni, co w tamtym moim stanie było wyrokiem śmierci. Nie byłem przecież w Polsce, a duma nie pozwalała pożyczyć mi pieniędzy na delikatny powrót do siebie. Wreszcie zrozumiałem, że ona myśli zbyt często wyłącznie o sobie poszukując chwil własnej ciszy, których nie było w jej życiu za wiele i coś we mnie pękło, poczułem się wolny. Wzniosłem się wysoko i poszybowałem, bo odejść postanowiłem. Wyrzuty sumienia przestały być kamieniem. Nadeszła wolność. Nie wiem jednak jak długo będzie trwała.

Jak wiesz wszystko do mnie dociera powoli, a kiedy już dotrze i nie jestem wśród sępów, widzę i rozumiem niezwykle jasno. Przesłuchałem jeszcze raz taśmy, które nagrałem. Mój głos, to brylant, ale na oszlifowanie go jest już za późno. Wierzę, że tak samo jak nie masz wątpliwości co do mojego głosu, tak samo nigdy ich nie miałeś co do mojego zawodowstwa. Mam trochę częstochowski akcent, mam kłopoty z dykcją, a to wszystko wymaga pracy przed wejściem do studia i na to trzeba czasu. Już nie mogę sobie pozwolić na żadną wpadkę. Jeżeli coś robić obok teatru, to musi to być prawie idealne. Nie słuchasz mojego głosu obiektywnie, bo wiem, że jesteś mi przyjacielem. Przecież Ty wiesz najlepiej, jak daleka jest droga od talentu do sukcesu. Nie myśl, proszę ani przez chwilę, że się boję, ale pracę w radiu mogę zacząć tylko wtedy, gdy będę miał pewność, że nawet nieprzychylni mi ludzie powiedzą o moim głosie to, co Ty powiedziałeś, inaczej to wszystko nie ma sensu. Po zrobieniu Pasji pojadę w góry. Jeżeli tam wytrzymam zupełnie sam na wysokości tysiąca metrów aż do otrzymania pracy w państwowym teatrze, pozbywając się w międzyczasie wszystkich wad mojego głosu, to jeszcze jest przyszłość przede mną, jeśli nie, to naprawdę żałować nie ma czego. Jeśli dzwoniąc do salezjanów usłyszysz: Wojtek jest w górach , lub że nie wiedzą gdzie jest, zadzwoń do Łomnicy, do Hani i Wojtka, i powiedz im kiedy zadzwonisz powtórnie, a ja zejdę z gór i będę czekał na Twój telefon. Dam im Twoje nazwisko, bo Górale już wiedzą, że jadę do Womirówki , by schować się przed ludźmi.

Janusz, wybacz, że wszystko opisałem tak brutalnie, ale nie umiałem tego zrobić inaczej. Jestem przekonany, że wszystkie moje następne listy z gór, tym razem piórem pisane, będą o wiele delikatniejsze. Będę pisał do Ciebie gdziekolwiek się nie znajdę, nie oczekując odpowiedzi, Twój telefon wystarczy, bo być może te listy będą wszystkim, co po mnie pozostanie.

...>>>czytaj dalej

04. 09. 2006r.
RODAKpress

 
RUCH RODAKÓW : O Ruchu Dolacz i Ty
RODAKpress : Aktualnosci w RR Nasze drogi
COPYRIGHT: RODAKnet
NASZE DROGI - button AKTUALNOŒCI W RR NAPISZ DO NAS