"Stabilizacja w Polsce ma kluczowe znaczenie" - Włodzimierz Domagalski

 

Jak "Wolski" został prezydentem PRL
"Stabilizacja w Polsce ma kluczowe znaczenie" - cz.1

Przedstawiciele władz komunistycznych organizowali obrady "okrągłego stołu", a jednocześnie przygotowywali cały szereg "zabezpieczeń", które miały im zapewnić utrzymanie się przy władzy. Nawet w przypadku, gdyby doszło do niekorzystnego zwrotu sytuacji politycznej.


Wojciech Jaruzelski, Lech Wałęsa i Bronisław Geremek podczas inauguracujnego posiedzenia Senatu - 4 lipca 1989 r. /Aleksander Keplicz /Agencja FORUM

Jednym z takich "bezpieczników" miało być utworzenie urzędu Prezydenta PRL, nieistniejącego w polskim systemie politycznym od 1952 r. Urzeczywistnienie tego planu było niemożliwe bez wprowadzenia zmian do konstytucji. Na podjęcie tego rodzaju zmiany musiała się zgodzić ta część opozycji, która uczestniczyła w rozmowach z komunistami i miała wziąć później udział w podziale władzy.

Komuniści bez problemu uzyskali akceptację dla swego pomysłu. Uzgodnili też z opozycją zakres władzy przyszłej głowy państwa. Obrady "okrągłego stołu" zakończyły się 5 kwietnia 1989 r. podpisaniem dokumentów, w tym tych odnoszących się do urzędu prezydenta. Ani razu nie padło jednak nazwisko gen. Wojciecha Jaruzelskiego, choć w rozmowach kuluarowych obie strony zgodziły się, że to on, sprawca stanu wojennego, będzie sprawował ten urząd.

Teraz komuniści zaczęli się bardzo spieszyć i już 7 kwietnia 1989 roku Sejm PRL uchwalił zmiany w Konstytucji. Wśród nich znalazły się te dotyczące urzędu Prezydenta. Według przyjętych regulacji przysługiwały mu - między innymi - następujące kompetencje:

·         prezydent zarządzał wybory do Sejmu, Senatu i rad narodowych,

·         był zwierzchnikiem sił zbrojnych,

·         przewodniczył Komitetowi Obrony Kraju,

·         występował z wnioskiem do Sejmu o powołanie lub odwołanie prezesa Rady Ministrów oraz prezesa Narodowego Banku Polskiego,

·         w ważniejszych sprawach mógł zwoływać i przewodniczyć im posiedzenia Rady Ministrów,

·         ratyfikował lub wypowiadał umowy międzynarodowe,

·         dysponował prawem veta ustawodawczego, które Sejm mógł odrzucić większością 2/3 głosów,

·         w szczególnych okolicznościach mógł rozwiązać parlament.

Prezydent PRL miał być wybierany przez Zgromadzenie Narodowe (wspólne posiedzenie Sejmu i Senatu) na sześcioletnią kadencję, z możliwością ponownego, jednorazowego wyboru. Z tak szerokimi uprawnieniami mógł stworzyć wokół siebie najważniejszy ośrodek polityczny w kraju.

Wybory z 4 czerwca 1989 r. przyniosły miażdżące zwycięstwo kandydatom "Solidarności" i ogromną porażkę PZPR. Polacy potraktowali je jako plebiscyt i jednoznacznie opowiedzieli się za odrzuceniem systemu komunistycznego.

Mimo, iż komuniści i ich koalicjanci jeszcze przed ogłoszeniem wyników mieli zagwarantowane 65 proc. miejsc w Sejmie, to nie mogli być pewni rezultatów przyszłych głosowań. W tej sytuacji kluczowym zabezpieczeniem dla ich władzy mogło być jedynie objęcie przez ich kandydata nowo utworzonego urzędu prezydenta. I na działaniu w tym kierunku skupili się po przegranych wyborach.

Tymczasem, jak po wyborach zauważył na łamach paryskiej "Kultury" znany publicysta Leopold Unger: "na Zachodzie, klęska wyborcza taka, jaką poniosła w Polsce partia generała Jaruzelskiego, oznaczałaby jego własne przejście na emeryturę i trwałe wycofanie się jego partii z rządzenia krajem".

"Solidarność", idąc za ciosem miała okazję do wysunięcia własnej prezydenckiej kandydatury. Tak jednak się nie stało. By wyjaśnić powody tej defensywnej postawy dawnej opozycji należałoby dokonać oceny kilku zasadniczych elementów ówczesnej sytuacji politycznej.

Pierwszym z nich była sytuacja międzynarodowa Polski. Główne mocarstwa zachodnie z dużą życzliwością obserwowały przemiany polityczne zachodzące w Związku Sowieckim, licząc na to, że przyniosą one zakończenie zimnej wojny. Pozostałe państwa Europy Środkowowschodniej stanowiły w tej optyce jedynie tło.

Nie oznaczało to, że wydarzenia w Polsce nie były przedmiotem zainteresowania Stanów Zjednoczonych i innych państw zachodnich. Przeciwnie, nasz kraj był uważany za ewentualny punkt zapalny, a zbyt szybkie tempo zmian, mogło - według Zachodu - oddziaływać niekorzystnie na sytuację w Związku Sowieckim. Stąd też, jak zauważył Patryk Pleskot: "W zachodniej dyplomacji coraz mocniej zaznaczało się przejście od popierania <Solidarności>, przez łagodzenie wypowiedzi i postawę wyczekiwania, aż do strategii nawoływania do umiaru, a nawet wspierania - w imię równowagi - strony rządowej".

Wspomniany już Leopold Unger ujął to z kolei następująco: "... w płaszczyźnie politycznej byliśmy świadkami tak dziwnego zjawiska, jak mocne poparcie udzielone przez połączone siły Zachodu, reprezentowane tu przez panią Thatcher oraz panów Busha i Mitteranda, nie Lechowi Wałęsie, jedynemu kandydatowi uprawnionemu do objęcia prezydentury w świetle wyborów, a generałowi Jaruzelskiemu, "odważnemu patriocie", "odpowiedzialnemu politykowi", uważanemu za czynnik "stabilizacji" (w optyce Kremla).

Zachód uważa, że ma swoje racje. Przyznał Jaruzelskiemu coś w rodzaju domniemania niewinności. Postawił na Jaruzelskiego nie MIMO jego roli w niszczeniu Polski, a Z POWODU tej roli. Uważają tutaj, że Jaruzelski tak dobrze zna mechanizm niszczenia i marnowania majątku narodowego, że będzie mu łatwiej niż innym wykazać elastyczność, antydogmatyzm i pragmatyzm.

Zachód stawia na Jaruzelskiego nie MIMO tego, że był autorem zamachu z 13 grudnia, a właśnie DLATEGO. On wadzi. Ponieważ, jak się tu rozumuje, Jaruzelski był wśród twórców i zarządców modelu ustrojowego, który doprowadził Polskę do historycznej ruiny, to on powinien najlepiej wiedzieć, że dla Polski nie ma innego ratunku jak tylko w demokracji, że każda inna droga prowadzi do gwałtu, klęski i nieszczęścia. Zachód wreszcie ma nadzieję, że ten "oficer sowiecki w polskim mundurze", jak go kiedyś określił amerykański minister obrony, postanowił właśnie udowodnić, że tak nie jest. I że Moskwa jemu właśnie na to wszystko pozwoli".

Poparcie dla gen. Jaruzelskiego ze strony Zachodu było szczególnie widoczne w polityce Stanów Zjednoczonych. Prezydent USA George Bush podczas swojej wizyty w Warszawie w dniach 9-11 lipca namawiał generała na kandydowanie.


Plakat z okresu stanu wojennego, przedstawiający generała Wojciecha Jaruzelskiego /KARTA /Agencja FORUM

Blisko miesiąc wcześniej, 19 czerwca, Wiesław Górnicki w notatce sporządzonej po rozmowie z amerykańskim attaché wojskowym pułkownikiem Dennisem Monroe, zanotował m.in.: "Stabilizacja w Polsce - miał stwierdzić Monroe - ma znaczenie kluczowe dla amerykańskiej polityki w Europie i dla całej koncepcji strategicznej Busha. Podstawowym elementem tej stabilizacji jest wybór Tow. Generała na stanowisko Prezydenta PRL. Amerykanie gotowi są pójść w tej sprawie daleko, ale nie chcieliby zaszkodzić, gdyż zdają sobie sprawę z oporu twardogłowych".

W popieraniu kandydatury gen. Jaruzelskiego szczególną rolę odegrała ambasada Stanów Zjednoczonych w Warszawie oraz osobiście ambasador John Davies. Opublikowane kilka lat temu jego depesze do Waszyngtonu doskonale to dokumentują.

Kolejnym czynnikiem międzynarodowym rzutującym na ówczesną sytuację w Polsce było stanowisko Moskwy wobec wydarzeń w naszym kraju. W tym przypadku dysponujemy znacznie mniejszą liczbą wiarygodnych informacji, jednak nic nie wskazuje na to, by władze na Kremlu były szczególnie zaniepokojone możliwością utraty władzy przez PZPR.

Dużo ważniejsze z punktu widzenia ZSRR było utrzymanie Polski w ramach Układu Warszawskiego. Potwierdzają to dokumenty, jakie wytworzyli funkcjonariusze działającej w Moskwie kontrwywiadowczej Grupy Operacyjnej "Wisła". Współpracujący z nimi informator przekazał, że podczas rozmowy z zastępcą kierownika Wydziału Zagranicznego KC KPZR Walerijem Musatowem dowiedział się, że: "Niektórzy przedstawiciele opozycji - rozmówca wymienił przykładowo Wajdę i Onyszkiewicza - intensyfikują ostatnio próby dotarcia do ich ambasady. Z zachowania się rozmówcy źródło odniosło wrażenie, że ambasada radziecka w Warszawie kontakty takie utrzymuje".

Utrzymywanie tego rodzaju kontaktów byłoby kolejnym dowodem na to, że Rosjanie pogodzili się z możliwością utraty władzy przez PZPR, którą jednak formalnie dalej popierali.

3 lipca podczas wizyty w Paryżu doradca Michaiła Gorbaczowa Wadim Zagładin poinformował, że decyzja w sprawie utworzenia rządu solidarnościowego: "jest wewnętrzną sprawą naszych przyjaciół. Będziemy utrzymywali stosunki z każdym wybranym w Polsce rządem".

W podobnym tonie wypowiadał się sam Gorbaczow na forum Rady Europy oraz podczas narady przywódców Układu Warszawskiego w Bukareszcie.

Kolejnym czynnikiem mającym wpływ na działania związane z obsadzeniem urzędu Prezydenta była trwająca dekompozycja dotychczasowego obozu władzy. Zarówno Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, jak i Stronnictwo Demokratyczne uznały, że jest to doskonała okazja do zerwania się pezetpeerowskiej smyczy. Jeszcze w czerwcu SD uznało "Deklarację Współdziałania PZPR, ZSL i SD z 10 grudnia 1980 r." za nieobowiązującą. ZSL postawiło na "zachowanie samodzielności".

Decyzje podjęte przez obie partie oznaczały faktyczny koniec dotychczasowej koalicji rządowej. Po odzyskaniu niezależności, oba stronnictwa zaczęły się również dystansować od jednoznacznego poparcia kandydatury gen. Jaruzelskiego na prezydenta. Począwszy od połowy czerwca, aż do wyboru głowy państwa, komunistyczny rząd kilka razy próbował oszacować, ilu z dotychczasowych koalicjantów poprze ich wybór. Wyniki były rozbieżne, ale nie wróżyły niczego dobrego. Ustalono, że od kilkunastu do nawet 40-50 parlamentarzystów ZSL i SD będzie głosowało przeciw generałowi.

W tym czasie liderzy PZPR dostrzegli też inny, ważny dla nich problem - proces rozkładu objął wszystkie struktury ich własnej partii, która według wielu jej działaczy "zbankrutowała jako siła polityczna". Pojawiały się głosy, że część partyjnych parlamentarzystów będzie głosować przeciw kandydaturze gen. Jaruzelskiego.

Podczas gabinetowych narad, które miały miejsce tuż po ogłoszeniu wyników wyborów parlamentarnych, czołowi politycy partyjni, a więc Józef Czyrek, Stanisław Ciosek, Andrzej Gdula, Janusz Reykowski, Mieczysław Rakowski, Aleksander Kwaśniewski czy Jerzy Urban zaczęli oswajać się z możliwością utraty władzy. Nie wyobrażali sobie jednak, że mogliby utracić ją całkowicie. Oznaczałoby to odsunięcie ich nie tylko od polityki, ale również od ekonomicznego podziału łupów na progu nowego systemu. Mogło to również oznaczać najgorszy z możliwych scenariuszy - rozliczenie ich za cały PRL.

Sprawa prezydentury dla gen. Jaruzelskiego zaczęła być dla komunistów kwestią kluczową, jedynym w tej sytuacji gwarantem utrzymania wpływu na struktury władzy. Rozpoczęły się zakulisowe rozmowy z przedstawicielami opozycji. Przetargi te trwały bez przerwy, aż do chwili dokonania wyboru przez Zgromadzenie Narodowe. Strategia partyjnych decydentów polegała w tym czasie z jednej strony na próbie wymuszenia dyscypliny w szeregach dotychczasowej koalicji PZPR-ZSL-SD, z drugiej zaś na wywarciu presji na czołowych przedstawicieli obozu solidarnościowego.

W trakcie tych zakulisowych rozmów czasami dochodziło do paradoksalnych sytuacji. W pierwszej połowie czerwca sekretarz gen. Kiszczaka Krzysztof Dubiński, z upoważnienia swojego szefa, prowadził takie rozmowy z Jackiem Kuroniem i jak później wspominał: "Spotykaliśmy się na podwórku przed jego mieszkaniem, żeby nikt nas nie nagrał". Jak się okazało cień tajnych służb był wszechobecny.

Mobilizacja w obozie władzy wpłynęła również na bieżące działania PRL-owskich służb specjalnych. 26 czerwca gen. Henryk Dankowski, wiceminister spraw wewnętrznych, przesłał do szefów Wojewódzkich Urzędów Spraw Wewnętrznych w całym kraju polecenie nadesłania charakterystyk posłów i senatorów, którzy byli tajnymi współpracownikami, jak również tych, którzy "nie są formalnie tajnymi współpracownikami, lecz z którymi w różnej formie utrzymywany jest kontakt operacyjny". Osoby te miały być usunięte z ewidencji operacyjnej, co "nie powinno oczywiście oznaczać przerwania kontaktu operacyjnego. Przeciwnie należy podejmować różnorodne działania, by osoby te były coraz silniej związane z nami i coraz bardziej dyspozycyjne".

Podobne działania podjęły Wojskowe Służby Informacyjne. Zaczęła się tworzyć nowa, niejawna i bardzo wpływowa "partia polityczna" - Partia Służby Bezpieczeństwa. Jej "członkowie" już 8 lipca otrzymali ważne zadanie ujęte w szyfrogramie gen. Dankowskiego. Nakazywał on w trakcie wyboru prezydenta "wykorzystanie naszych możliwości ukierunkowania na kandydata PZPR" oraz sprawienie, by "nasze źródła oddziaływały również w tym kierunku na innych".

W tym miejscu należy zadać pytanie, w jaki sposób - w nowej sytuacji politycznej - osoby powiązane z SB miały być "coraz silniej związane z nami i coraz bardziej dyspozycyjne". Przecież niszczono obciążające ich teczki. Niewątpliwie bez dokonanej przez wysokich funkcjonariuszy MSW "prywatyzacji" materiałów operacyjnych agentury byłoby to raczej niemożliwe. Zniszczenia w archiwach spowodowały, że trudno teraz określić liczebność owych "naszych źródeł", można jednak ostrożnie założyć, że było to co najmniej kilkadziesiąt osób.

Nie bez znaczenia w ówczesnej sytuacji były nastroje wśród kadry oficerskiej wojska i bezpieki. Antoni Dudek, zastrzegając, że wiedza źródłowa na ten temat jest raczej szczątkowa, zauważył na podstawie wypowiedzi gen. Kiszczaka na posiedzeniu Sekretariatu KC PZPR w dniu 3 lipca, że w jego słowach można: "odnaleźć raczej strach przed przeniesieniem w szeregi MSW fermentu, który opanował już wówczas szeregi PZPR, niż obawy przed spiskiem ze strony dogmatycznych obrońców starego porządku".

Nie udało się odnaleźć żadnego przykładu, by pracownicy resortu spraw wewnętrznych lub kadra wojskowa uczestniczyły w jakichkolwiek spiskach, a sam gen. Jaruzelski po latach zauważył, że miały miejsce jedynie "różnego rodzaju opory, zahamowania, wątpliwości, krytycyzm". Nie przeszkodziło to gen. Kiszczakowi używać tego argumentu jako straszaka wobec polityków z "Solidarności". Zarówno on, jak i inni politycy obozu władzy podkreślali, że wyborcza porażka gen. Jaruzelskiego "pogrzebie kruchy porządek ustalony przy okrągłym stole".

Przy kilku różnych okazjach minister spraw wewnętrznych posługiwał się następującą argumentacją, mającą przekonać swoich rozmówców o zagrożeniach związanych z odrzuceniem przez Zgromadzenie Narodowe kandydatury gen. Jaruzelskiego:

·         jest [to] nie do zaakceptowania dla wysokich oficerów wojska i policji, a także dla Czechów, wschodnich Niemców i Rosjan.

·         opozycja jest ogarnięta euforią, on zaś boi się, że popełnia ona błąd, który naruszy kruchą, naprawdę bardzo kruchą, równowagę w Polsce. Wie [gen. Kiszczak] na przykład, że stu wysokich oficerów z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Ministerstwa Obrony spotyka się i wyraża głębokie obawy dotyczące rozwoju sytuacji w przyszłości;

·         Czesi, wschodni Niemcy, a przede wszystkim Rosjanie są bardzo zaniepokojeni biegiem wydarzeń w Polsce. Ich opinie muszą być brane pod uwagę;

·         powtórzenie wydarzeń chińskich byłoby prawdziwym dramatem dla Polski.

Gen. Kiszczak niekiedy straszył też rozmówców bezpośrednią interwencją Związku Sowieckiego, innym razem przestrzegał przed zastosowaniem przez ten kraj sankcji gospodarczych, z zakręceniem kurka gazociągu włącznie.

Naciski na "Solidarność" okazały się skuteczne. Lech Wałęsa stwierdził: "Gdybym został teraz prezydentem, oznaczałoby to natychmiastową wojnę domową" i 19 czerwca podczas spotkania z gen. Kiszczakiem zadeklarował, że nie będzie kandydował na urząd prezydenta. Kilka dni później, 23 czerwca, również OKP podjęło decyzję o niewysuwaniu własnego kandydata. Tego samego dnia biskup Jerzy Dąbrowski w imieniu Episkopatu przekonywał: "najlepszym kandydatem byłby tu gen. Jaruzelski, ale pod warunkiem, że wybierany byłby spośród kilku kandydatów".

"Macie pakt z diabłem" - cz.2

Już 11 czerwca Jerzy Urban w czasie występu w telewizji oświadczył, że przy "okrągłym stole" obie strony zgodziły się na przekazanie urzędu prezydenta gen. Jaruzelskiemu. Wywołało to gwałtowne protesty ze strony solidarnościowych polityków.


Generał Wojciech Jaruzelski składa przed Zgromadzeniem Narodowym przysięgę jako prezydent PRL - 19 lipca 1989 r./Aleksander Jałosiński /Agencja FORUM

Protesty te wynikały nie stąd, że rzecznik rządu kłamał, ale stąd, że większość parlamentarzystów z "Solidarności" podczas kampanii wyborczej publicznie deklarowała, że na generała nie będzie głosować. Upublicznienie faktu, że wszystko w tej sprawie zostało wcześniej już ustalone, postawiło ich w trudnej sytuacji.

Należy jeszcze pamiętać o sytuacji w obozie solidarnościowym, gdzie trudno było określić czyjekolwiek kompetencje do podejmowania zasadniczych decyzji. W wyniku "okrągłego stołu" NSZZ "Solidarność" mógł prowadzić legalną działalność, jednak na jego czele stała Krajowa Komisja Wykonawcza, pochodząca de facto z nominacji Lecha Wałęsy. Jednocześnie w parlamencie działał Obywatelski Klub Parlamentarny liczący 161 posłów i senatorów, kierowany od 23 czerwca przez Bronisława Geremka, zrzeszający wielu znanych przywódców i doradców "Solidarności". Nie można również zapomnieć o ogólnokrajowym ruchu Komitetów Obywatelskich, który faktycznie stanowił zaplecze polityczne klubu.

Jak zauważył Antoni Dudek: "Wybór środowiska politycznego skupionego wokół Geremka, Michnika i Kuronia na głównego partnera ekipy Jaruzelskiego nie wynikał jednak wyłącznie z ich wpływu na Wałęsę. W trakcie okrągłego stołu i po jego zakończeniu między poszczególnymi osobami z obu tych grup, powstała trudna dziś do odtworzenia sieć powiązań polityczno-towarzyskich, której fundament stanowiło przekonanie o konieczności utrzymania odgórnej kontroli nad procesem przemian i ograniczenie do minimum skali jego spontaniczności".

Czołowi działacze związkowi, tacy jak Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk czy Bogdan Lis utracili jakąkolwiek możliwość wpływania na sytuację we własnym obozie politycznym. Coraz bardziej odrywali się też od środowiska, które ich wykreowało. Dostrzegł to już przy "okrągłym stole" Krzysztof Wyszkowski, który zauważył, że: "Bujak, Lis, i inni nie mają własnego oblicza politycznego ani żadnego znaczenia. To są ludzie dyspozycyjni - i wszyscy, łącznie z nimi, o tym wiedzą. Zachowują się biernie, dostosowują do wymagań. Zapytałem jednego z takich figurantów po którymś spotkaniu w Magdalence: co sądzisz o ustaleniach o prezydencie? - Zachowałem się tak, jakbym złożył votum separatum w stosunku do tych decyzji. - A złożyłeś? - Nie. Przecież jesteśmy zespołem. Itd., itp. Człowiek, który odważyłby się zaprotestować, byłby wykluczony i okrzyczany jako nielojalny wobec zespołu negocjującego. A tu otwierały się podwoje wielkiego świata".

Styl uprawiania polityki, jaki się wówczas ukształtował i który zaważył na uprawianiu polityki w następnych latach, prowadził do tego, że wybrana, czy raczej nieco samozwańcza grupa solidarnościowych negocjatorów, do której należeli przede wszystkim: Jacek Kuroń, Adam Michnik, Bronisław Geremek, Andrzej Wielowieyski, Andrzej Stelmachowski i w mniejszej mierze Tadeusz Mazowiecki, była pozbawiona jakiejkolwiek kontroli.

Pozostałym działaczom Związku i członkom OKP pozostawało przyjęcie roli obserwatorów, którzy jedynie przyjmowali do wiadomości podejmowane poza nimi decyzji. W przypadku, gdyby się buntowali, groziło im wykluczenie i odsunięcie na boczny tor. O niebezpieczeństwach związanych z taką sytuacją informowało wielu ówczesnych komentatorów naszej sceny politycznej. Wojciech Lamentowicz zauważył w paryskiej "Kulturze": "Negocjujące elity obu bloków mogą bowiem bardziej rozumieć siebie wzajemnie, niż głosy oburzenia swoich własnych zwolenników. Wówczas może być tak, iż dualizm negocjacji izoluje obie elity od ich własnego zaplecza społecznego.

Z kolei Gustaw Herling-Grudziński w swoim "Dzienniku pisanym nocą" pod datą 15 lipca zapisał następujące spostrzeżenie: "Na drodze do demokracji i pluralizmu kierownictwo opozycji musi też zerwać z gabinetowo-konwentyklowym stylem "porozumienia elit", oraz z zastrzeżeniem wszelkich istotnych prerogatyw dla Wodza i jego przybocznej Drużyny. Last but not least: Wodzowi i jego Drużynie wyszłaby na zdrowie ostrożność w posługiwaniu się dość śmiesznymi konceptami Wielkiej Gry i Wielkich Graczy, i większa powściągliwość w lansowaniu "zmienionej na plus opinii o generale Jaruzelskim" (choćby w imię szacunku dla niezmienionej opinii "solidarnościowych dołów" i przypuszczalnie znakomitej większości czerwcowych wyborców)".


10 czerwca 1989 r. - prezydent USA George Bush przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Wraszawie. Po lewej ambasador John Davies
/Erazm Ciołek /Agencja FORUM

W czerwcu i lipcu 1989 r. fraternizacja między czołowymi politykami z obu obozów osiągnęła apogeum. 4 lipca w trakcie obchodów rocznicy niepodległości Stanów Zjednoczonych, w bankiecie na terenie ambasady USA uczestniczyło około 1 300 osób ze wszystkich parlamentarnych partii politycznych oraz liczni duchowni. Ambasador Davies informował Waszyngton: "Atmosfera euforycznego niedowierzania panowała na przyjęciu w ambasadzie, [...] podczas którego odwieczni wrogowie rozmawiali spokojnie, a na moim tarasie zawierano układy polityczne. Bronisław Geremek - nazwijmy go w tej chwili polskim Tomaszem Jeffersonem - spacerował ramię w ramię z członkiem Biura Politycznego Józefem Czyrkiem. Młody minister Aleksander Kwaśniewski usiadł pod drzewami z byłym więźniem Adamem Michnikiem, dowcipkując i dobijając politycznych targów..."

Wielu publicystów zwracało wtedy uwagę na to, że taki gabinetowy styl uprawiania polityki jest znacznie korzystniejszy dla komunistów, bardziej doświadczonych w tego typu grach.

Odrębną kwestię stanowiła pozycja Lecha Wałęsy, który od zdobycia Nagrody Nobla wyrósł na największy autorytet na polskiej scenie politycznej. Jednak można było zauważyć trudne już do ukrycia przekonanie o własnej nieomylności. W tym momencie warto jeszcze raz zacytować Wojciecha Lamentowicza: "Lech Wałęsa mówi zbyt często i zbyt serio o samym sobie w trzeciej osobie. Ten ton wodza narodu niebezpiecznie brzmi w takich zwrotach kierowanych przez przewodniczącego do wielkich audytoriów, jak: <Lech Wałęsa was prowadzi w dobrą stronę i was doprowadzi>, <Lech Wałęsa nie lubi przegrywać>, <...jak słusznie i demokratycznie postanowił Lech Wałęsa>".

Przewodniczący "Solidarności" jakby zapominał, że stoi na czele ruchu politycznego, który ma reprezentować swoich wyborców, a nie prowadzić działania mające utrwalić jedynie jego własną pozycję.

Tymczasem strona rządowa, zaskoczona mimo wszystko wynikami czerwcowych wyborów do sejmu, sondowała, na ile czołowi działacze obozu solidarnościowego będą starali się zdyskontować wyborcze zwycięstwo. Jeszcze w pierwszej połowie czerwca padły z ich strony propozycje przekazania urzędu premiera w zamian za poparcie prezydentury gen. Jaruzelskiego. Oferty takie były kierowane głównie do Jacka Kuronia i Adama Michnika, a miały na celu uzyskanie ich osobistego poparcia dla kandydatury generała.

Sam generał Jaruzelski nie pozostawał bezczynny. Rozpoczął w tym czasie własną partię szachów. Przy pomocy podwładnych, jak już było opisane, podjął próbę uzyskania dużego, powszechnego poparcia dla swojej osoby, również w szeregach "Solidarności", a jednocześnie - gdyby to nie dało spodziewanych skutków, chciał przejść w tych wyborach choćby minimalną większością głosów.

W tym czasie doradcy Jaruzelskiego zaczęli rozpowiadać, że generałowi zależy na tym, by nie "przeczołgać się" do prezydentury, że obawiał się publicznego poniżenia i w związku z tym rozpatrywał możliwość rezygnacji z kandydowania. Pojawiające się na ten temat pogłoski, w połączeniu z opisanymi powyżej pogróżkami gen. Kiszczaka wywoływały zdenerwowanie w obozie solidarnościowym.

Ambasador Davies zanotował, że: "wiele osób załamuje ręce wobec panującej sytuacji" i deklaruje, że "jeśli jest to konieczne dla ratowania kraju, oddadzą głosy na Jaruzelskiego, chociażby oznaczałoby to koniec ich karier politycznych".

22 czerwca na terenie ambasady amerykańskiej doszło do spotkania czołowych polityków "Solidarności". Z ich wypowiedzi wyłonił się następujący obraz sytuacji: "A. Jeżeli Jaruzelski nie zostanie wybrany na prezydenta, istnieje autentyczna groźba wojny domowej, która skończyłaby się, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, podjętą niechętnie, ale brutalną interwencją radziecką.

B. Wszyscy kandydaci "Solidarności" zostali zmuszeni w toku kampanii, aby publicznie obiecać, że podczas wyborów prezydenta nie oddadzą głosu na Jaruzelskiego".

Z pomocą przyszedł im sam ambasador, który udzielił krótkiej instrukcji, jak należy kierować głosowaniem, by gen. Jaruzelski został wybrany: "Wczoraj wieczorem [22 czerwca] zjadłem obiad w towarzystwie kilku czołowych parlamentarzystów "Solidarności", których nazwiska nie powinny zostać ujawnione, i pokrótce wynotowałem dla nich na odwrocie pudełka zapałek kilka liczb. Wprowadziłem ich również w arkana zachodniej praktyki politycznej znanej jako "liczenie głów". Obliczenia wykonane na pudełku od zapałek wykazały, że połączone Sejm i Senat liczą łącznie 560 miejsc. Rządząca koalicja dysponuje 299, "Solidarność" 260, jest również jeden parlamentarzysta niezależny. Kworum wymagane przy wyborze prezydenta wynosi dwie trzecie członków obu izb, do wyboru niezbędna jest większość głosów. Ergo, jeśli znaczna liczba (nawet 185) senatorów i posłów "Solidarności" zachoruje albo z innych przyczyn nie będzie mogła wziąć udziału w głosowaniu, wciąż nie zabraknie kworum do jego przeprowadzenia, a większość, jaką będzie dysponowała koalicja, wzrośnie na tyle, że tylko naprawdę masowe łamanie dyscypliny partyjnej przez jej parlamentarzystów mogłoby uniemożliwić wybór Jaruzelskiego. Solidarnościowi posłowie i senatorowie obecni podczas wyborów będą mogli bezpiecznie wstrzymać się od głosu".

29 czerwca gen. Jaruzelski zwołał nadzwyczajne posiedzenie Biura Politycznego PZPR, podczas którego oświadczył, że rezygnuje z kandydowania na stanowisko prezydenta. W uzasadnieniu stwierdził, że "może nie uzyskać odpowiedniego poparcia Zgromadzenia Narodowego", a "nie można w żadnym przypadku podejmować ryzyka przegranej kandydata koalicji".

Jak można było się spodziewać, deklaracja ta wywołała szok w decyzyjnych gremiach PZPR. Kolejni członkowie Biura Politycznego, Komitetu Centralnego i innych partyjnych gremiów próbowali przekonać go do zmiany decyzji. Początkowo bezskutecznie. W tym momencie zaczęto mówić o kandydaturze gen. Kiszczaka. Dla obserwatorów z boku była to propozycja dość kuriozalna, głową państwa miałby bowiem zostać jeden ze współsprawców stanu wojennego i minister spraw wewnętrznych.

Rozpoczęła się kolejna runda rozmów sondażowych: Stanisława Cioska z hierarchami kościelnymi i Józefa Czyrka z Bronisławem Geremkiem. Sam generał Kiszczak w godzinach wieczornych wysłał do Gdańska rządowy samolot, którym do stolicy przyleciał Lech Wałęsa. Podczas dalszych rozmów przewodniczący "Solidarności" obiecał poprzeć jego kandydaturę. W tym samym dniu na ulicach Warszawy ZOMO rozbijało manifestację zorganizowaną przez Solidarność Walczącą, Konfederację Polski Niepodległej i inne organizacje. Jej uczestnicy protestowali przeciwko gen. Jaruzelskiemu.

Podczas późniejszego posiedzenia OKP Wałęsa powiedział do zebranych: "Robiłem sobie zdjęcie z wami, jak będzie trzeba zrobię sobie zdjęcie z Kiszczakiem". Szybko okazało się, że kandydatura ministra spraw wewnętrznych nie ma szans i jak można się było spodziewać gen. Jaruzelski zmienił zdanie. Nastąpiło to 13 lipca.

Czołowi politycy "Solidarności" byli już nie tylko pogodzeni z jego wyborem, ale także gotowi wesprzeć generała. Niektórzy z nich, jak Wałęsa, chcieli by o wybór ubiegał się więcej niż jeden kandydat, zaś "Geremek chciał odegrać spektakl polityczny w celu stworzenia iluzji, że cały proces ma charakter bardziej demokratyczny niż w rzeczywistości".

17 lipca doszło do kilkugodzinnego spotkania gen. Jaruzelskiego z Obywatelskim Klubem Parlamentarnym. Główny wykonawca stanu wojennego, jak się wydaje, chciał nieco "ocieplić" swój wizerunek.

Ambasador Davies na podstawie relacji uczestników tego spotkania napisał: "Kilkakrotnie uchylił się od prób rozmowy na temat własnej przeszłości, w końcu jednak opowiedział o swoim ojcu pochowanym na Syberii, gdzie zmarł z wycieńczenia i głodu po deportacji do obozu pracy. Jaruzelski powiedział, że jego ojciec walczył pod wodzą marszałka Piłsudskiego z bolszewikami w 1920 r. Jego dziadek uczestniczył zaś w powstaniu przeciwko Rosjanom w 1863 r.

Pytany długo o stan wojenny, Jaruzelski zaprzeczył, że jego decyzja została podjęta pod presją radziecką. Podobnie stwierdził, że decyzja o udziale Polski w inwazji na Czechosłowację w 1968 r. zapadła w Polsce, a nie została narzucona przez Moskwę".

Przed głosowaniem na kandydaturę Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta parlament zdecydował, że głosowanie ma być jawne. Miało to na celu, między innymi, dyscyplinowanie posłów dotychczasowej koalicji, ale przede wszystkim miało umożliwić kontrolę przebiegu samego głosowania.


Pikieta pod sejmem przeciwko wyborowi generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta PRL - 19 lipca 1989 r. /Wojtek Laski /East News

19 lipca 1989 r. Zgromadzenie Narodowe zebrało się w celu wyboru prezydenta. Na sali znalazło się 544 posłów i senatorów. Podczas głosowania 270 obecnych oddało swoje głosy na kandydaturę gen. Jaruzelskiego, 233 przeciw, 34 wstrzymało się, a 7 oddało głosy nieważne. Wymagana większość wynosiła 269, a więc kandydat PZPR został wybrany większością zaledwie jednego głosu. Należy dodać, że głosy przeciw Jaruzelskiemu oddało 6 posłów z ZSL, 4 z SD i 1 z PZPR. Czterech kolejnych parlamentarzystów z dotychczasowej koalicji rządzącej nie wzięło udziału w głosowaniu. W tej sytuacji zadecydowały głosy reprezentacji "Solidarności".

Akcję wsparcia dla gen. Jaruzelskiego zorganizował Andrzej Wielowieyski, który wraz z Wiktorem Kulerskim, Andrzejem Miłkowskim, Aleksandrem Paszyńskim, Andrzejem Stelmachowskim, Stanisławem Stommą i Witoldem Trzeciakowskim oddał głos nieważny, przyczyniając się do obniżenia minimum potrzebnego do wyboru. Senator OKP Stanisław Bernatowicz z kolei oddał swój głos na gen. Jaruzelskiego. Do wyboru nowego prezydenta przyczynili się również parlamentarzyści, którzy w głosowaniu w ogóle nie wzięli udziału, a więc: Paweł Chrupek, Aniela Dankowska, Marek Jurek, Lech Kozaczko, Zdzisław Nowicki, Krzysztof Pawłowski, Jerzy Pietkiewicz, Maria Stępniak, Andrzej Szczepkowski, Mieczysław Ustasiak i Henryk Wujec.

Jak wspominał Bronisław Geremek: "Kiedy tego dnia wychodziłem z Sejmu chwycił mnie za rękaw rozgorączkowany Stanisław Ciosek. <Wy macie pakt z diabłem - sapał - to wszystko było wymyślone, żeby on przeszedł tylko jednym głosem. Zegarmistrzowska precyzja - jak wy to robicie?>"

Nie dało się ukryć, że przebieg głosowania był rzeczywiście kontrolowany. Generał Jaruzelski nie mógł więc mieć powodów do satysfakcji. Zamiast uzyskania rzeczywistego poparcia, został uratowany przez opozycję.

Jeszcze mniejsze powody do zadowolenia mieli parlamentarzyści Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego i całego obozu "Solidarności". W krótkim czasie po raz drugi - obok sprawy listy krajowej - dokonali oni zasadniczego ustępstwa na rzecz dotychczasowego obozu władzy, nic w zamian praktycznie nie uzyskując. Stracili natomiast niemałą część dotychczasowego elektoratu. Społeczeństwo, głosując 4 czerwca za odrzuceniem dotychczasowego systemu władzy, oczekiwało od ówczesnej opozycji zmian systemowych, a nie podtrzymywania dotychczasowego układu.

W wielu okręgach wyborczych domagano się pozbawienia mandatów tych parlamentarzystów, którzy przyczynili się do wyboru gen. Jaruzelskiego. Powiększyły się rozdźwięki między opozycją "konstruktywną" a działaczami bardziej radykalnych organizacji. Jak informował kierownictwo MSW płk. Adam Malik: "Młodzież ostro atakowała liderów dążąc do przejmowania władzy w kraju".

"Solidarność" przejmowała współodpowiedzialność za katastrofalną sytuację w kraju, mając w dalszym ciągu ograniczony wpływ na struktury władzy.

Włodzimierz Domagalski

07.09.2019r.
nowahistoria.interia.pl

 
RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Dołącz do nas - Aktualności RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrócie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet