JEDEN JEST NARÓD POLSKI - WIODĄCY PROJEKT RUCHU RODAKÓW

OSTATNI KROK KU ŚWIADECTWU - ppłk. pil. Julian Krok, Mirosław Rymar

 


* Julian Krok - CV

*Julian Krok w Polsce 2005

* Z Sanoka do Meksyku - Zygmunt Haduch

* Niech Pani coś napisze... - Ryszarda Pelc




 

 

 

 

 

Zapraszamy Państwa do nadsyłania swoich wspomnień o przebytych drogach,
o Waszych doświadczeniach emigracyjnych.

"OSTATNI KROK KU ŚWIADECTWU -
każdy może stać się piórem zranionego Orła"

Roz. III
Z Napoleona pozostał tylko koniak
Chcieli się bić u boku sojusznika w którego nadal wierzyli

Po pierwszym entuzjazmie związanym ze szczęśliwym dotarciem do Francji powoli zaczęło się przebijać uczucie niepewności. Pojawiały się wątpliwości co do naszego sojusznika i rychłego marszu do Polski po trupie znienawidzonej Rzeszy. Nasze niedbałe i stare umundurowanie było zapowiedzią szybkiej weryfikacji wyniesionych ze szkół i polskiej tradycji przekonań o wielkości tych spod Verdum, tych bijących się pod rozkazami Napoleona. To była już niestety historia. Odległa historia. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy po datarciu na miejsce okazało się, że nasza "sala wojskowa", to pięterko w oborze nad krowami, a "koszary" to nic innego jak zarekwirowane zabudowania gospodarcze dworu. Do dzisiaj pozostało mi jedno dominujące wspomnienie z tamtego okresu - niesamowite zimno. Sypialnia jak już wspomniałem, na strychu obory zasłana była tylko słomą. Kładliśmy się do snu zdejmując jedynie buty, furażerkę mocno naciągając na uszy i zawinięci w koce mogliśmy spoglądać w ugwieżdżone niebo przez szpary w dachówkach. Z romantyzmem niestety nie miało to nic wspólnego. Mroźny wiatr bezlitośnie hulał po nas bez większych przeszkód. Może to i dobrze, bo trochę łagodził wszechobecny o oborze smród. Kuchnia zlokalizowana była w szopie, około siedemdziesięciu metrów od naszej "sypialni" i ten dystans wystarczył, aby pyszna, francuska kawa zamarzała w kubku zanim się ją doniosło do obory w której spożywaliśmy też posiłki, a zatem służyła również za jadalnię. Dla nas Polaków zima nie powinna być niczym strasznym, ale tamta zima była doprawdy wyjątkowo mroźna.

Wyruszając w daleką, najeżoną niebezpieczeństwami drogę, której celem było spiętrzenie tych niebezpieczeństw do skali wykraczającej poza życie byłem przygotowany na wszystko. Młody chłopak zdeterminowany podołać każdej swojej słabości. Wytrwałością nadrabiać brak doświadczenia. Nie jechałem na letnisko, ale to z czym przyszło nam się zetknąć od pierwszych chwil na francuskiej ziemi napawało obawą, że nasze oczekiwania i nadzieje mijają się z możliwościami Francuzów. Zamiast wojennych przygotowań panowała wszechobecna improwizacja, czego wyrazem było nasze umundurowanie, uzbrojenie i zakwaterowanie. To była źle organizowana partyzantka, a nie machina wojenna gotowa stawić czoła potędze niemieckiej. Morale Francuzów było na bardzo, ale to bardzo niskim poziomie, tak żołnierzy jak i cywilów. Zupełnie nie widać było woli walki, a cóż dopiero wiary w zwycięstwo. Na uzbrojeniu naszej kompanii był jeden, dosłownie jeden strasznie stary karabin, jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej. Ręcznie trzeba było załadować pięć pocisków i potem przed każdym strzałem repetować. Ile to czasu zabierało, żeby wsunąć te naboje do komory zgrabiałymi z zimna palcami? Chociaż, trzeba powiedzieć, że druga dywizja była już wtedy niemal kompletnie wyposażona, a pierwsza dywizja pod dowództwem gen. Ducha poszła już na front.

Jednym z naszej ósemki był Karol, syn generała Fary, absolwent Uniwersytetu lwowskiego, prawnik. Miał wówczas 24 lata. Dlaczego o tym mówię? Otóż dwa, trzy dni w tygodniu chodziliśmy do pracy przy budowie dużego obozu wojskowego. Nasza kompania była częścią drugiej dywizji. Jej dowódcą był gen. Bronisław Prugar-Ketling . Później po upadku Francji przeprowadził on swoją dywizję do Szwajcarii, gdzie pozostała internowana do końca wojny. Któregoś dnia podczas prac w obozie przyjechał z inspekcją d-ca naszej dywizji. Rozległy się - jak to w takich razach w wojsku bywa - gromkie komendy. Biegiem stawaliśmy w szyku na zbiórce do raportu i przeglądu. Po przyjęciu meldunku generał przechodząc wzdłuż szeregów zatrzymał się koło Karola i uciął sobie z nim krótką, przyjacielską pogawędkę. Okazało się później, że był niegdyś szefem sztabu u jego ojca, generała Fary. Byli znajomymi od lat, ale na nas wywarło to spore wrażenie - znajomość szeregowego z generałem. Podejrzewam, że właśnie tej ich znajomości zawdzięczamy, iż wkrótce przeniesiono nas do szkoły podchorążych w Coetqidam, bo któżby pamiętał o kilku Polakach w jakiejś zapomnianej, w odległym dworze kompanii.

Życie nabierało wojskowego rytmu i stawiało nowe wymagania. Wkrótce okazało się, że młody, dobrze wychowany chłopak musi szybko dostosować swoje zachowanie do wymogów służby wojskowej. Chcąc nie chcąc musiałem także opanować i nauczyć się używać szorstkiego, dosadnego języka, aby radzić sobie w sytuacjach zupełnie nowych i obcych mojemu doświadczeniu. Żołnierskie życie kieruje się swoimi zasadami i albo nauczysz się z nimi obcować, albo grozi ci znalezienie się na marginesie zespołu od którego zależy nie tylko mniej lub bardziej mile spędzony czas, ale wręcz przetrwanie.

Na dziedzińcu dworu, naszej kwatery codziennie rano odbywały się raporty, a wieczorem capstrzyk podczas którego, starym polskim zwyczajem rozdawana była poczta. Nie otrzymywałem wówczas żadnej korespondencji, ale byli tacy do których już wtedy przychodziły listy. Wawrzyniec, na przykład nawiązał już sporo znajomości i często występował po adresowane do niego przesyłki. Wywoływani do odebrania listów koledzy, to często, albo byli żołnierze, albo tak jak w moim przypadku chłopcy po 2,5 letnim przeszkoleniu wojskowym w szkołach, co było równoznaczne z zaliczeniem okresu rekruckiego, którzy znali musztrę. Wzorowo salutowali i stukali obcasami. Wawrzyńcowi, starszemu od nas, otyłemu nijak to nie wychodziło. Ten brak wojskowego drylu i wyszkolenia bardzo musiał mu doskwierać, bo kiedyś w czasie przerwy podczas pracy w obozie poszedłem z kolegą odpocząć do pobliskiego zagajnika, patrzymy, a Wawrzyniec - nie wiedząc że jest przez nas obserwowany - wytrwale ćwiczył w samotności stukanie obcasami.

Żołnierz otrzymywał żołd w wysokości 7,5 franka na dziesięć dni, co równało się mniej więcej naszym 80 groszom. Wystarczało to zaledwie na pastę do zębów, szczoteczkę, mydełko do zębów i tyle. Papierosy były przydziałowe, marki Coporal. Piekielnie mocne. Tak jak w armii francuskiej, otrzymywaliśmy do kolacji pół litra czerwonego wina. Oficerowie i podoficerowie służby stałej w Polsce byli płatni odpowiednio do stopni francuskich, a wyżywienie mieli z kuchni wojskowej. Podporucznik miał 1800 franków miesięcznie, co równało się mniej więcej 180 złotych. Litr najtańszego, popularnego wina do posiłków kosztował jednego franka. Mieliśmy kucharza, Ślązaka i wyżywienie było jak w Polsce. Śniadanie: kawa, chleb francuski, bardzo smaczny, ale nam niestety wydawali czerstwy, konserwy rybne i mięsne. Obiad: zupa, danie mięsne z ziemniakami lub ryżem. Kolacja kawa, chleb i dodatki, no i wino. Do czasu upadku Francji niczego nie brakowało. Zaopatrzenie funkcjonowało bez zarzutu. Były trzy posiłki dziennie. Od czasu do czasu słodycze, kawałek czekolady.

Francja - Airvault 1940 r. - fotoFrancja - Airvault 1940 r. - kamieniołomy w których mieścił się młyn, a w nim nasze mieszkanie.

Po paru dniach w posiadłości, w której stacjonowaliśmy znaleźli kamieniołom z budynkiem w którym mieścił się młyn do kruszenia kamieni. Po zejściu w dół po kamiennych schodach, wchodziło się do dwóch niedużych pomieszczeń. Mnie wraz z kilkoma kolegami przydzielono pomieszczenie na samym dole. Zamiana na lepsze. Nie śmierdziało, nie wiało, ale ziąb okrutny panował tam nadal. Wysoko pod sufitem było małe otwarte okienko przez które widać bylo kawałek nieba. Jak w celi. Nastał za to nowy problem. W chwilach ocieplenia, odwilży pomieszczenie podchodziło wodą, a sienniki leżały bezpośrednio na podłodze. Może po takim dotarciu mniej straszne będą okopy i sen na gołej ziemi? Ale warunki już wydawały się nam dużo lepsze mimo, że pomieszczenie nie było ogrzewane. Nie mieliśmy już krów za współlokatorów. Mieszkało tam nas ośmiu Polaków.

"Łaźnia" była na zewnątrz przy jednym, jedynym kranie. Mieliśmy stamtąd dosyć spory kawałek do kuchni i zrobiliśmy grafik, kiedy kolejno mamy przynosić śniadanie dla wszystkich. Często wyręczał nas z tego obowiązku Wawrzyniec, który okazał się bardzo chętny do chodzenia poza kolejnością. Lubił sobie podjeść, wstawał bardzo wcześnie rano i na ochotnika maszerował po śniadanie. Podejrzewaliśmy go, że po drodze wypija kawę, której jednakże zawsze było pod dostatkiem. Jednak podejrzana wydawała się nam ta jego ochota i stąd zapewne próby jej usprawiedliwienia apetytem kolegi.

Francja - Airvault, styczeń 1940 r. - prace przy budowie obozu wojskowego. Julian Krok pierwszy z lewej.

Poza pracą przy budowie obozu czas mieliśmy wypełniony szkoleniem wojskowym i saperskim. Kompanie pionierów bowiem stanowiły pierwszy rzut, zanim przybyli saperzy. Trudno mi dzisiaj nawet wyraźnie zakwalifikować specjalizację tej formacji. Wszystko było nagięte do standardów francuskich, stopnie wojskowe, musztra, wszystko. Maszerowanie trójkami, a nie czwórkami. Ani w armii francuskiej, ani w angielskiej nie ma czegoś takiego jak podchorąży, np. plutonowy podchorąży. Zaadoptowali więc na nasz użytek francuski stopień aspiran. Aspiran miał koalicyjkę, traktowany był jako najmłodszy stopniem oficer. Korzystał z przywilei oficerskich jak kasyno, był np. d-cą plutonu. Posiadacze aspiran jak już znaleźli się w Anglii, to ich stopnie znowu zaczęły być niezrozumiałe, a ponieważ przybyła tam masa oficerów w porównaniu do liczby żołnierzy to mieli kłopot, co z nimi zrobić. Kadra oficerska i podoficerska pobierała żołd, który wypłacał rząd polski, ale z pożyczki od rządu angielskiego. Każdy funt, każdy nabój był skrupulatnie zapisywany. W związku z koniecznością oszczędności wstrzymano zupełnie awanse. Niektórzy zachowali stopnie aspiren do 1944 roku. Dopiero po otwarciu frontu zachodniego i wykruszaniu się kadry oficerskiej zaczęto ich awansować. Czuli się okropnie, bo bywali w kasynach oficerskich, ale traktowani byli z góry.

Przy budowie obozu pracowali hiszpańscy żołnierze republikańscy internowani we Francji po zwycięstwie gen. Franco. Nikt nie musiał pilnować ich obozu, bo i tak nie mieli powrotu do Hiszpanii, gdzie groziło im aresztowanie. Zakwaterowani byli w chatkach, lepiankach o kopulastych dachach obłożonych, w celu ocieplenia gnojem. Bardzo głodowali, nikt nie zapewniał im podstawowych środków do życia. Racje jakie otrzymywali były głodowe. Po zorientowaniu się w ich sytuacji zawsze maszerując do pracy oprócz swojego prowiantu zabieraliśmy chleb dla nich. Tuż przy obozie ustawiali się po obydwu stronach drogi, którą przechodziliśmy i prosili o jedzenie, a my przechodząc w tym szpalerze rzucaliśmy im kawałki chleba. Nasze racje żywnościowe były dostatecznie duże, żeby było można się z nimi podzielić. Żalili się nam, że uważają ich za komunistów. Niejeden rozchylał koszulę i pokazywał noszony na szyi krzyżyk tłumacząc, że jak republikanie zajęli rejon w którym mieszkał, to go po prostu wcielili do wojska i taki z niego komunista. Nie miał nic do powiedzenia. Razem pracowaliśmy, tyle, że oni byli fachowcami, a my stanowić mogliśmy zaledwie siłę pomocniczą. Panowały między nami dosyć przyjazne stosunki. Pod koniec stycznia pogoda się trochę poprawiła i nastały cieplejsze nieco dni, ale co równie dla nas żołnierzy ważne, to wydali nam wreszcie spodnie khaki. Pełny mundur dopiero w szkole podchorążych. Nie mieliśmy zbyt wiele wolnego czasu, ani rozrywek. Jedynie w niedziele chodziliśmy na wycieczki po okolicy. Szliśmy do jakiejś miejscowiści pieszo, a ponieważ Karol Fara dostawał trochę pieniędzy od Krugera to wracaliśmy zawsze pociągiem na jego koszt.

Po kilku tygodniach pobytu w majątku, na początku lutego zostaliśmy wezwani do Partaney, stolicy departamentu de Severs na egzaminy dla kandydatów do szkoły podchorążych. I w jakiś tydzień później zostaliśmy odkomenderowani do szkoły w Coetqidan. Jak wjeżdżaliśmy do ogromnego, przedwojennego obozu w Coetqidan to na warcie stał polski żołnierz, który zamiast furażerki miał francuskie czako. To były komiczne obrazki, ale świadczyły o wcale nie wesołych przyczynach takiego stanu rzeczy.

Jestem przekonany, że przeniesienie z odległej, zapomnianej kompanii możemy zawdzięczać temu, że wśród nas był Karol Fara. Później dowiedziałem się, że już w Szkocji stracił życie. Byliśmy na szkole w różnych plutonach, ale w tej samej, dziesiątej kompanii. Komendantem szkoły był ppłk. dypl. Bronisław Chruściel. Cieakwa rzecz, że znanego z Powstania Warszawskiego Chruściela imię było Antoni i nie jestem pewien, czy mylę imiona i jest to ta sama postać, czy nie. Mam wrażenie, że to właśnie nasz komendant został przerzucony do Polski, by tam walczyć w szeregach Armii Krajowej. Zostałem przydzielony wraz Jerzym Możdżejem i Karolem Farą do 10-tej kompanii piechoty. Pozostali z naszej grupy znaleźli się w kompanii 11-tej, karabinów maszynowych. W szkole zakwaterowni byliśmy nareszcie w porządnych koszarach. Dostaliśmy pełne i jednolite, umundurowanie koloru khaki, a także uzbrojenie w karabiny z okresu I-wszej wojny światowej. Pełny, żołnierski ekwipunek otrzymaliśmy dopiero przed wyruszeniem na front. W sąsiedniej, dziewiątej kompanii, był elewem były ambasador Rzeczpospolitej w Berlinie, Lipski. Był wówczas w mojej kompanii, przez długie lata aktywny na emigracji, późniejszy płk. Stefan Soboniewski. Były starosta kaliski sprzed wojny, późniejszy prezes Federacji Światowej SPK.

Francja - Bretania 1940 r.- fotoFrancja - Bretania 1940 r. - miasteczko na "linii Weyganda"

Pretendował także do roli prezydenta na uchodźstwie. Wielokrotnie wizytował nasze Koła w Australii. Po wojnie odgrywał bardzo poważną rolę. Jak spotkałem go już po latach w Brisbane, to tytułowali go podpułkownikiem, a wówczas był w takiej samej sytuacji co ja. Był także starosta z Tarnopola. W przeciwieństwie do Soboniewskiego człowiek bardzo skromny. Soboniewski miał szerokie znajomości. Komendantem całego Coetqidan był gen. Bryg. Korytowski i przychodził sobie do naszej kompanii na pogaduszki z elewem Soboniewskim. Byli starymi dobrymi znajomymi. Dziwne rzeczy pozostają w pamięci. Zapamiętałem go chyba tylko dlatego, że był niesamowicie owłosiony, cały tors. Miałem te w plutonie kolegę Tadzia Wenedykczyńskiego wówczas był w wieku około 36 lat. Skończył wyższą szkołę rolniczą i był przed wojną zarządcą majątku w Pruszkowie. Bardzo bystry człowiek. Tadziu, jak Niemcy uderzyli 10 maja mówił: "no chłopaki, to musimy się już pakować" . On sam był bojowy, a wiedział jaki duch jest we Francuzach. Bardzo nisko oceniał morale zarówno wojska jak i Francuzów w ogóle. Będąc młodym chłopakiem chętnie nastawiałem ucha na rozmowy prowadzone przez starszych kolegów, czy pomiędzy generałem, a starostą kaliskim. Bardzo wiele mi dawały, były pouczające i wprowadzały w świat wielkiej polityki.

Jakoś zaraz na początku czerwca, kiedy front się zaczął kompletnie załamywać i Niemcy podchodzili już pod Paryż nastąpiła zmiana na stanowisku Głównego Wodza armii francuskiej. Stanowisko to powierzono Weygandowi. To wszystko byli już staruszkowie i ich czasy chwały dawno minęły, a wiedza nie dostawała wymogom współczesnego pola walki. Paryż został ogłoszony wolnym miastem i nowy dowódca wyznaczył linię obrony w Bretanii, zwaną później "linią Weyganda". Szkoła nasza znajdująca się w tymże departamencie nie miała daleko do zajęcia wyznaczonych nam pozycji na linii obrony. Otrzymaliśmy wtedy pełne uzbrojenie, cały rynsztunek wojskowy, 90 naboi do ładownic i w nocy, samochodami ciężarowymi podwieźli nas na stanowiska. Linia obrony tworzona była w części wykorzystując ukształtowanie terenu, a w części musieliśmy kopać okopy. Pobliska miejscowość była zupełnie opuszczona. Wszystkich jej mieszkańców ewakuowano, a droga wylotowa z miasteczka zabarykadowana była sprzętem rolniczym. Francja walczyła...

Kiedy nasz batalion szkolny zajął pozycje, to ja, narwany, młody żołnierz oczywiście od razu zgłosiłem się na ochotnika, na wysuniętą pozycję obserwacyjną. Na stanowisku tkwiłem do północy. Żaden doświadczony żołnierz tak się nie palił do ryzykownych zadań.

Następnego dnia na naszym przedpolu pojawili się niemieccy motocykliści. Wyjechali spoza góry szosą na wprost nas. To było moje pierwsze spotkanie z wrogiem na polu walki. I jak się okazało, we Francji ostatnie. Kilku z nich skosił ogień karabinu maszynowego, a reszta w popłochu uciekła. Tego dnia - oczywiście znowu na ochotnika - wraz z kilkoma kolegami zgłosiłem się na patrol. Na tym patrolu z wszystkich moich znajomych był tylko Jerzy Możdżeń i trzymaliśmy się razem. Obydwaj też później dostaliśmy - już w Szkocji - przeniesienie do szkoły podchorążych broni pancernej.

Będąc na patrolu parę kilometrów od stanowisk kompanii, na skrzyżownaiu dróg obserwowaliśmy przechodzące bez broni, w zupełnym rozprężeniu, oddziały francuskie. Był z nami gość nazwiskiem Biskupski, który jeszcze ze szkoły znał język francuski. Jeden z oficerów francuskich, pijany wyjął pistolet i kręcił nim na palcu przed nami. Biskupski podszedł do niego i zapytał go "ile?" , a ten bez słowa, ani zapłaty oddał mu swój rewolwer. Dla nas Polaków wychowanych w duchu podziwu dla Francji był to widok przykry i wręcz niewiarygodny. Zaczynaliśmy weryfikować nasze stanowisko wobec Francuzów i patrzyliśmy na nich z góry, a jeszcze nie tak dawno temu łudziliśmy się, że to potęga, która da w kość Niemcom i cześć. Tyle nadziei wiązaliśmy z nimi, a tak szybko zostały one rozwiane. Rozczarowanie było ogromne.

W tym czasie - o czym oczywiście nie mieliśmy pojęcia - nastąpił rozejm między Francją, a Niemcami i gen. Sikorski wydał rozkaz natychmiastowego wycofania polskich oddziałów do najbliższych portów celem ewakuacji do Anglii. Rząd ewakuował się z La Rochele Batorym, a my znajdowaliśmy się wtedy kilka kilometrów od naszych pozycji wykonując nikomu niepotrzebne już rozkazy. Batalion wycofał się nie powiadamiając nas. Zostawiono nas samych, chociaż powinni nas ściągnąć z partolu. Koło trzeciej po południu dostrzegliśmy całe masy francuskich oddziałów walące drogą, ale już bez broni, rozpoznając tylko rodzaje wojsk po naszywkach na mundurach. Dowódcą naszego patrolu był jeden z elewów. Zaniepokojony sytuacją pojechał na stanowiska naszej kompanii zorientować się co się dzieje. Po powrocie przekazał nam niesłychaną nowinę: jesteśmy sami! Kompania zniknęła. Pozostało sześciu żołnierzy porzuconych w chaosie wycofujących sią wojsk francuskich. Później dowiedzałem się, że kompania samochodami ciężarowymi i autobusami dostała się do La Rochele i stamtąd wypłynęła do Szkocji.

Straciliśmy wszystko, co żołnierz miał na wyposażeniu: plecaki, płaszcze, koce, zapasowe buty, cały ekwipunek. Pozostaliśmy z tym co mieliśmy ze sobą. Dziesiątki zarekwirowanych autobusów wypełnione były po brzegi wojskiem i Francuzi nie chcieli nas do nich wpuścić. Ponieważ mieliśmy uzbrojenie i jasny cel, za wszelką cenę podążać na południe i dalej do Anglii więc weszliśmy do jednego z autobusów siłą.

D-cą naszej kompanii był kpt. Prociuk, który już w Szkocji został pozbawiony dowództwa. Przyczyną mógł być nadmiar oficerów, ale wydaje mi się, że było to również konsekwencją pozostawienia nas we Francji. Nie tylko nas, ale całego pierwszego plutonu, bo akurat następnego ranka dojechaliśmy do miejsca, gdzie spotkaliśmy pluton por. Knapika. Dalej już razem maszerowaliśmy do La Roche. Port zastaliśmy zupełnie pusty. Nikogo już nie było, ani ludzi, ani statków. Trwało bombardowanie i na torach stały porzucone, załadowane sprzętem wojskowym wagony kolejowe.

Francja 1940 r. - foto Francja 1940 r. - w drodze na południe i dalej do Anglii

Cóż było robić? Pomaszerowaliśmy do Rochefort, który był portem wojennym. Na redzie zakotwiczone stały pancerniki francuskie, ale port był nieczynny. Na stacji kolejowej dowiedzieliśmy się, że wieczorem odchodzi pociąg towarowy wiozący między innymi opancerzone ciągniki, służące do dowożenia amunicji na stanowiska. Miały opancerzoną kabinę dla kierowcy i pomocnika, a z tyłu platformę na skrzynki amunicji. Pociąg jechał do Bordoux. Trzymaliśmy się razem z Jerzym Możdrzeniem. Podróżowaliśmy we dwójkę w kabinie ciągnika, aby uniknąć przenikliwego zimna i deszczu.

W Bordoux na stacji stały pociągi pancerne z ogromnymi działami. Nigdy jeszcze nie widziałem wcześniej tak wielkich dział. Ktoś przyniósł wiadomość, że w Bordoux port także jest już nieczynny. Na szczęście okazało się, że parę samochodów odjeżdża do St. Jean de Luz. To był już ostatni port przed Pirenejami i ostatnia nadzieja na wydostanie się z Francji. Nie mieliśmy żadnego prowiantu. Nawet furażerki nie miałem, tylko francuski chełm. Tymi samochodami, 22 czerwca dotarliśmy do niewielkiego portu rybackiego. Jechaliśmy zupełnie na ślepo nie wiedząc czy tam w ogóle istnieje jakaś możliwość przedostania się do Anglii. Jak się okazało stał jeszcze w porcie statek do przewozu węgla i trochę dalej w morzu brytyjski kontrtorpedowiec, który wziął na pokład paru dygnitarzy. Jak niegdyś opowiadał Andrzej Kleeberg, prezes australijskiego Stowarzyszenia Polskich Kombatantów to właśnie na ten kontrtorpedowiec został przyjęty jego ojciec, gen. Juliusz Kleeberg.

Udało nam się dostać na pokład węglarki wraz z dużą grupą oficerów i cywilów. Tam właśnie zamieniłem mój chełm na furażerkę. Podarował mi ją jeden z elewów naszej kompanii Goldstein, który postanowił pożegnać się z nami i nie jechać dalej. Do statku podwoziła ludzi łódź motorowa, z której należało po sznurowej drabinie wspiąć się na pokład. Pamiętam, że podpłynęła kolejny raz i po drabince wspinał się jakiś mężczyzna. W tym momencie patrole niemieckie podchodziły już pod port. Kontrtorpedowiec dał rozkaz do natychmiastowego wypłynięcia w morze i sam zaczął zygzakiem opuszczać port z buczącymi przeraźliwie syrenami. Jeden z oficerów naszego statku podbiegł do drabinki z zamiarem odcięcia jej nożem, kiedy polski rotmistrz kawalerii krzyknął do niego, że to generał i prosił go o chwilę zwłoki, żeby ten mógł wejść. Tym generałem okazał się legionista, jeden z inspektorów naszej armii gen. dyw. Burchard Buchacki. Podpłynęła jeszcze jedna motorówka, ale ludzi znajdujących się w niej już na pokład nie przyjęto. Widziałem wśród nich znanych polskich artystów, min. Eichlerówna i Tadeusz Benedykciński. Wypłynęliśmy z portu i wielkim łukiem wypływając w Atlantyk, aby uniknąć ataku niemieckich łodzi podwodnych podążyliśmy do Liverpool.

Czy tam zastaniemy ludzi gotowych walczyć o swoją i naszą wolność jak my byliśmy gotowi?

...czytaj dalej















RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Docz do nas - Aktualnoi RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrocie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet